Na twórczość ze studia PI bardzo łatwo trafić w sieci, poza tym nazwiska typu Bagiński gwarantują od razu jakieś zainteresowanie. Jednak powstaje sporo animacji, które omijają szersze grono widzów. Wyjątki to zwykle produkcje, które zostały dostrzeżone na festiwalach filmowych. Nagrodzone w specjalnych sekcjach konkursowych mają szanse zostać skomentowane w radiu (w telewizji raczej rzadkość) albo jeśli dobrze powieje liczyć na to, że dzięki social mediom staną się popularnym viralem. Tak naprawdę brak jest jakieś konkretnej promocji takich filmów. Bardzo się cieszę, że jest poznański Animator, że na Dwóch Brzegach i WFFie (i pewnie jeszcze jakiś innych pojedynczych nieznanych mi), ale to naprawdę mało. Kiedyś, za mego młodu, chodziłam w moim mieście na przeglądy etiud studenckich, teraz nie organizuje się nawet tego. Marzy mi się (pewnie twórcom jeszcze bardziej), żeby animowane krótkie metraże wróciły do kin, jako wstępniak normalnego filmu fabularnego. Skoro możemy oglądać masę reklam i zwiastunów, to czemu nie wpleść by w tę wiązankę, krótkiej animacji. Niesamowita promocja dla autorów, a i przecież często wielka przyjemność dla widzów. Wielkim orędownikiem tego pomysłu jest właśnie festiwal Dwa Brzegi, dzięki któremu poznałam mnóstwo fantastycznych animacji. Udało się nawet w tym roku zrobić kroczek naprzód w kierunku realizacji tego projektu (ogólnie zwanego „Krótkie do kin”) - jedna z animacji „Noise” w reżyserii Przemysława Adamskiego dzięki dystrybutorowi Spectator trafiła do kin przed filmem „Klatka”. Oby więcej takich inicjatyw i chętnych do pomocy ludzi, bo w tym roku było jeszcze sporo innych niezłych animacji, które tego zaszczytu nie dostąpiły. Przykładowo jedna z moich faworytek, która skończyła z wyróżnieniem w sekcji Niezależnego Jury – Drżące Trąby, w reż. Natalii Brożyńskiej. Co warte zauważenia, jest to debiutancki film młodej autroki (wtedy po pierwszym roku studiów) i trochę naznaczony jej charakterem. Ton narracji (w świecie rzeczywistym autorka mówi podobnie) tj. nieprzerwany potok słów, w którym trudno wyróżnić jakieś emocje nadaje temu charakterystyczny wydźwięk, a i sama treść czasem naprawdę rozkłada na łopatki. I mimo, że historia jest trochę banalna, to bawi i wzrusza (po seansie były gigantyczne owacje!).
Moja perełka, zresztą obficie nagrodzona – „Millhaven” w reż. Bartka Kulasa, animacja do tekstu piosenki Nicka Cave'a. Początkowo zdawałoby się delikatna, subtelna i niewinna Loretta, ukazująca z czasem swą mroczną, bezwzględną* i jakże porytą duszę, jakoś nie pozwala się nie pokochać. Może to przez te zielone żywe oczy (tak samo zielone i żywe jak tabletki Prozacu!) ;). Swoją drogą bardzo fajny zabieg ograniczenia się do właściwie trzech odcieni. Poza tym kreska i taki trochę Burtonowski klimat, a także powodujący dreszcze na plecach głos Kasi Groniec, sprawiły, że zielonooka pani życia i śmierci zdobyła me serce. Czyż takie animacje jak ta, nie powinny trafić do szerszego grona odbiorców?
*no może nie tak do końca, w końcu z religii zawsze szóstkę miała ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz