Okres świąteczny w tym roku pełen wzruszeń, a to głównie i bardzo niespodziewanie dzięki prostemu sprzęcikowi, żeby nie ukrywać, mówiąc wprost dość badziewnemu (ale grającemu). Tak więc główny sprawca – gramofon, towarzysz zbrodni – Franek Kimono, oskarżeni o poruszenie w mym serduszku strun, których dawno nikt nie poruszał. O dziwo, ale także i zgrozo (bo kto daje dziecku do słuchania tak bezwstydne kawałki) owy Dysk Dżokej w lekko skrzypiącej wersji winylowej przywołał dzieciństwo. Żadne tam piękne choinki, bombeczki, świecidełka, zapach mandarynek, nastrój gromadnych wigilijnych spotkań, nie.. gola strzelił Franek Kimono! :D Radość przy pierwszym kontakcie była wielka, a jeszcze większa gdy odnalazły się wszystkie posiadane przez dom winyle. Tak więc teraz, obłożona płytami zastanawiam się, skąd tu wziąć pieniądze na lepszy sprzęt. :)
I tak sobie myślę, że Franek to jednak było coś. Oprócz tych wszystkich znanych szlagierów, nie dość, że zrobił doskonały na tamte czasy pastisz disco, to jeszcze wyprzedził swą epokę, myślę, że ten kawałek (totalnie go nie pamiętam z wcześniejszego słuchania), odnalazłby się teraz na niejednej imprezce ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz