sobota, 31 grudnia 2011

33 1/3


Okres świąteczny w tym roku pełen wzruszeń, a to głównie i bardzo niespodziewanie dzięki prostemu sprzęcikowi, żeby nie ukrywać, mówiąc wprost dość badziewnemu (ale grającemu). Tak więc główny sprawca – gramofon, towarzysz zbrodni – Franek Kimono, oskarżeni o poruszenie w mym serduszku strun, których dawno nikt nie poruszał. O dziwo, ale także i zgrozo (bo kto daje dziecku do słuchania tak bezwstydne kawałki) owy Dysk Dżokej w lekko skrzypiącej wersji winylowej przywołał dzieciństwo. Żadne tam piękne choinki, bombeczki, świecidełka, zapach mandarynek, nastrój gromadnych wigilijnych spotkań, nie.. gola strzelił Franek Kimono! :D Radość przy pierwszym kontakcie była wielka, a jeszcze większa gdy odnalazły się wszystkie posiadane przez dom winyle. Tak więc teraz, obłożona płytami zastanawiam się, skąd tu wziąć pieniądze na lepszy sprzęt. :)

I tak sobie myślę, że Franek to jednak było coś. Oprócz tych wszystkich znanych szlagierów, nie dość, że zrobił doskonały na tamte czasy pastisz disco, to jeszcze wyprzedził swą epokę, myślę, że ten kawałek (totalnie go nie pamiętam z wcześniejszego słuchania), odnalazłby się teraz na niejednej imprezce ;)

piątek, 30 grudnia 2011

Polskie krótkie metraże mają się dobrze.
Odsłona trzecia (ostatnia), czyli ni w pięść ni w oko.

Powstaje też u nas sporo krótkich metraży fabularnych (myślę o takich do 30 min) naprawdę niezłych. Z tym, że na te, w przeciwieństwie do krótkich animacji, możemy trafić już raczej tylko na festiwalach. Nie pojawiają się w sieci, bardzo kiepsko jest z ich dystrybucją (czasem coś wyjdzie na dvd), nie mają też raczej szans na pokazywanie w kinach jako wstępniaki. Ewentualnie można by postawić na takie projekcje „zbiorowe”, tj. trzy krótkie produkcje w ramach jednego seansu. Ale przekonać do tego dystrybutorów to raczej ciężka sprawa, bo to zwykle filmiki bardziej ambitne, a wiadomo jakie filmy osiągają w naszym kraju rekordy kasowości. Z dystrybucją, tak samo zresztą ciężko jak i z finansowaniem takich produkcji, ale to już zupełnie odrębny temat beznadziejnej sytuacji braku wsparcia dla inicjatyw kulturalnych. Tak więc sytuacja naprawdę słaba, ale na szczęście są jakieś promyczki w tunelu – Studio Munka, które pomaga w realizacji projektów* zarówno doświadczonym twórcom, jak i osobom bez wykształcenia filmowego, czy artystycznego, ale mogącym pochwalić się minimalnym doświadczeniem (przynajmniej jedna stworzona etiuda). Z produkcjami SM, spotykałam się głównie na Dwóch Brzegach, sporo było ich w konkursie, część została także nagrodzona – dwie główne nagrody w ostatnich konkursach NJ zgarnęły produkcje właśnie z tego studia. W tamtym roku była to przejmująca historią miłości córki (świetnia zagrana rola Łaty) do zdawałoby się idealnego ojca – "Ciemnego pokoju nie trzeba się bać" w reż. Kuby Czekaja (akurat ten film, trafił nawet do sklepów na dvd!). W  tym natomiast zwyciężył "Portret z Pamięci" w reż. Marcina Bortkiewicza, także ze świetną obsadą. Co prawda tematyka filmu jest niesamowicie ciężka - przedstawia zmagania ludzi z postępującą chorobą Alzheimera, to jednak także bawi (świetne kreacje nawiązujące do klasyki kina) i ciekawi innym spojrzeniem, rzadko występującym w naszym kinie – tj. ukazanie całej akcji oczami amatorskiej kamery. Niektórzy w sposobie realizacji i filmu nawiązują do rozwijającego się ostatnio gatunku mockumentary.



Poza Studiem Munka też się sporo dzieje, nasze krótkie metraże zdobywają uznanie nie tylko na naszych, ale także zagranicznych festiwalach. Jeden z moich tegorocznych zachwytów „Opowieści z chłodni” w reż. Grzegorza Jaroszuka – groteskowa historia  o samotności i poszukiwaniu celu w życiu, a także „Księżyc to żyd”, w reż. Michała Tkaczyńskiego – może nie tak dobra, ale niesamowicie zaskakująca opowieść o tym, jak może zmienić się całe dotychczas znane życie, gdy nagle wyjdą pewne fakty z przeszłości. Gorąco polecam, jeśli ktoś natknie się gdzieś na którąś z tych produkcji!

*także animacji, przykładowo "Noise” o którym mowa we wcześniejszym poście

czwartek, 29 grudnia 2011

Polskie krótkie metraże mają się dobrze.
Odsłona druga, czyli czy ktoś jeszcze kocha animację?

Na twórczość ze studia PI bardzo łatwo trafić w sieci, poza tym nazwiska typu Bagiński gwarantują od razu jakieś zainteresowanie. Jednak powstaje sporo animacji, które omijają szersze grono widzów. Wyjątki to zwykle produkcje, które zostały dostrzeżone na festiwalach filmowych. Nagrodzone w specjalnych sekcjach konkursowych mają szanse zostać skomentowane w radiu (w telewizji raczej rzadkość) albo jeśli dobrze powieje liczyć na to, że dzięki social mediom staną się popularnym viralem. Tak naprawdę brak jest jakieś konkretnej promocji takich filmów. Bardzo się cieszę, że jest poznański Animator, że na Dwóch Brzegach i WFFie (i pewnie jeszcze jakiś innych pojedynczych nieznanych mi), ale to naprawdę mało. Kiedyś, za mego młodu, chodziłam w moim mieście na przeglądy etiud studenckich, teraz nie organizuje się nawet tego. Marzy mi się (pewnie twórcom jeszcze bardziej), żeby animowane krótkie metraże wróciły do kin, jako wstępniak normalnego filmu fabularnego. Skoro możemy oglądać masę reklam i zwiastunów, to czemu nie wpleść by w tę wiązankę, krótkiej animacji. Niesamowita promocja dla autorów, a i przecież często wielka przyjemność dla widzów. Wielkim orędownikiem tego pomysłu jest właśnie festiwal Dwa Brzegi, dzięki któremu poznałam mnóstwo fantastycznych animacji. Udało się nawet w tym roku zrobić kroczek naprzód w kierunku realizacji tego projektu (ogólnie zwanego „Krótkie do kin”) - jedna z animacji „Noise” w reżyserii Przemysława Adamskiego dzięki dystrybutorowi Spectator trafiła do kin przed filmem „Klatka”. Oby więcej takich inicjatyw i chętnych do pomocy ludzi, bo w tym roku było jeszcze sporo innych niezłych animacji, które tego zaszczytu nie dostąpiły. Przykładowo jedna z moich faworytek, która skończyła z wyróżnieniem w sekcji Niezależnego Jury – Drżące Trąby, w reż. Natalii Brożyńskiej. Co warte zauważenia, jest to debiutancki film młodej autroki (wtedy po pierwszym roku studiów) i trochę naznaczony jej charakterem. Ton narracji  (w świecie rzeczywistym autorka mówi podobnie) tj. nieprzerwany potok słów, w którym trudno wyróżnić jakieś emocje nadaje temu charakterystyczny wydźwięk, a i sama treść czasem naprawdę rozkłada na łopatki. I mimo, że historia jest trochę banalna, to bawi i wzrusza (po seansie były gigantyczne owacje!).


Moja perełka, zresztą obficie nagrodzona – „Millhaven” w reż. Bartka Kulasa, animacja do tekstu piosenki Nicka Cave'a. Początkowo zdawałoby się delikatna, subtelna i niewinna Loretta, ukazująca z czasem swą mroczną, bezwzględną* i jakże porytą duszę, jakoś nie pozwala się nie pokochać. Może to przez te zielone żywe oczy (tak samo zielone i żywe jak tabletki Prozacu!) ;). Swoją drogą bardzo fajny zabieg ograniczenia się do właściwie trzech odcieni. Poza tym kreska i taki trochę Burtonowski klimat, a także powodujący dreszcze na plecach głos Kasi Groniec, sprawiły, że zielonooka pani życia i śmierci zdobyła me serce. Czyż takie animacje jak ta, nie powinny trafić do szerszego grona odbiorców?

*no może nie tak do końca, w końcu z religii zawsze szóstkę miała ;)

wtorek, 27 grudnia 2011

Polskie krótkie metraże mają się dobrze.
Odsłona pierwsza, czyli Platige Image

Natchniona wczorajszą rozmową na temat słabej kondycji polskiego kina fabularnego i o dziwo dość dobrej, ale niestety słabo reklamowanej kinematografii krótkometrażowej, postanowiłam zająć się jeszcze głębszą eksploracją tematu. Nie śmiem robić tu żadnych podsumowań i głębszych analiz, bo specjalistką w dziedzinie nie jestem, ale chciałabym zwrócić uwagę na kilka godnych polecenia produkcji  studia Platige Image. Okazało się, że widziałam trochę z ich dorobku, ale jest tego tyle, że ciężko tak szybko nadrobić. Dowiedziałam się też, że to studio post-produkcyjne oprócz krótkich metraży realizuje jeszcze sporo innych ciekawych projektów od reklam, przez teledyski, aż po kampanie społeczne i projekty teatralne (więcej na stronie Platige Image)

Mój kontakt z twórczością firmowaną przez PI, zresztą pewnie tak samo jak i wielu innych osób, zaczął się od nominowanej do Oskara "Katedry” aut. Tomasza Bagińskiego, na podstawie opowiadania Jacka Dukaja. Trochę patetycznej, ale bardzo dopracowanej (niesamowita dbałość o szczegóły i przeszywająca muzyka Adama Rosiaka) animacji w 3ds Max. Co ciekawego, ponoć Bagiński zrobił swój film praktycznie sam i całość prac zajęła mu trzy lata. Zaangażowanie i wytrwałość jednak się opłaciły, bo otrzymując nominację do Oskara zyskał rozgłos nie tylko w kraju, ale i za granicą, a ponadto sprawił, że wiara w polską animację znów odżyła wśród większego grona odbiorców (warto przypomnieć, że przed 30dziestu laty polska animacja Tango została doceniona na świecie zgarniając Oskara). Następnie, zachęcona nazwiskiem Bagińskiego sięgnęłam po "Sztukę spadania”, która stworzona też w 3D, ale już w zupełnie innym klimacie (mi kojarzącym się trochę z komputerowymi strzelankami FPP) także przyciągała uwagę. Była to jednak bardziej kwestia mnogości interpretacji i groteskowości fabuły niż dbałości o detale i pomysłowości, jak przy wcześniejszej produkcji. 



Kolejne pozycje sygnowane przez PI, które poznałam wiązały się z historią – "Grunwald Walka 600lecia" w reż. Bagińskiego, bez rewelacji w treści, ale perełki jeśli chodzi o wykonanie, detale cud! Animacje do projektu "Pamiętam. Katyń 1940" w reż. Michała Dziekana - świetny koncept ukazania naszej beznadziejnej pozycji jako papierowych żołnierzyków stawianych w obliczu dwóch najeźdźców, tj. krwiożerczych stworzeń - maszyn pochłaniających wszystko co spotkają na swej drodze. "Miasto Ruin" w reż. Damiana Nenowa dla mnie zbyt statyczne, płaskie i mimo wszystko mało sugestywne, ale na kimś kto nie ma zbyt wielkiego pojęcia o tym w jakim stanie była po powstaniu Warszawa, może wywrzeć piorunujące wrażenie. A także "Animowana Historia Polski" w reż. Bagińskiego będąca reklamówką Polski na EXPO 2010, wzbudzająca we mnie mieszane uczucia. Trochę chaotyczna i wybiórcza (przykładowo brak dość ważnego wydarzenia jak potop szwedzki, czy unia lubelska), a nawiązując do celów w których została stworzona, chwilami nieczytelna i mylna (ciężko bez większej znajomości naszej historii dowiedzieć się z tej animacji, że jesteśmy powstańczo-walecznym narodem, a ponadto akurat jeśli już faktycznie można zobaczyć jakieś powstanie (‘44), to można także odnieść błędne wrażenie, że zostało ono przez nas wygrane). Z drugiej strony, niektóre wizje (np. rozbiorów, rozpasania szlachty, bitwy o Wiedeń) rewelacyjne ukazywały znaczenie tych wydarzeń, akcentując także odczucia z nimi związane. Trafiło to w moją wrażliwość na tyle celnie, że nieraz odzywała się patriotyczna duszyczka czująca na zmianę dumę, podziw, ale także współczucie.  W trakcie dzisiejszych eksploracji, z polecenia trafiłam też na "Kinematograf”, który stworzył Tomek Bagiński, we współpracy z Mateuszem Skutnikiem (autorem komiksu, będącego kanwą tej opowieści) i innymi. Jak podają twórcy animacja została stworzona w lekko bajkowo-komiksowym stylu, a dodatkowe przerysowanie postaci miało oddalić widzów od smutnej historii. Ja nie potrafię sobie jednak wyobrazić, by oddanie tego w bardziej rzeczywistej postaci mogło zwiększyć emocje. Mam wrażenie, że właśnie te zabiegi - rozmycia i plastyczności sprawiły, że animacja ściska momusowe serduszko.

Dodatkowo, na koniec chwalenia trzeba wspomnieć ostatni projekt ze stajni PI, tj. "Ścieżki nienawiści” w reż. Damiana Nenowa, które znalazły się ponoć na tzw. shortliście Oskarowej, czyli liście filmów mających sporą szansę na nominację. Świetnie zrobiona, utrzymana w komiksowej konwencji opowieść pokazuje, jak intensywnie ludzkość była i jest trawiona przez nienawiść. Agresja wyzierająca z ekranu jest na tyle sugestywna, że chwilami ciężko jest patrzeć na toczącą się akcję.


Żeby nie było jednak zbyt cukierkowo muszę też wspomnieć o chociaż jednej animacji, która wyłamuje się z tej dobrej tendencji. Chodzi o filmik promujący prezydencję Polski w UE, wyglądający na zrobiony byle szybciej, byle było. Brak dopracowanej mimiki postaci, sam koncept (dla mnie tańczącemu mężczyźnie brak cech, który pozwoliłyby go identyfikować jako obraz Polski) i ten kiczowaty końcowy taniec, zalatujący tandetnym Bollywoodem, sprawiają, że tej animacji mówię stanowcze nie. 

Tu można znaleźć filmiki Bagińskiego.