środa, 31 grudnia 2025

2025

 Ten był na pewno lepszy niż wcześniejszy. Podróży co niemiara, oprócz odkryć włosko - cypryjskich, samych kilometrów z ulubionym pkp intercity 16 000 km. A i książek więcej, z bardzo różnych kątów. 

1. Kan Kang, Lekcje greki
2. Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca
3. Aoko Matsuda, Układ(a)ne,
4. Michiko Ayoama, Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece
5. Joanna Bator, Purezento
6. Katatrzyna Sobczuk, Mała empiria
7. Mariusz Szczygieł, Gottland
8. Marcin Wicha, Jak przestałem kochać design
9. Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem
10. Kora Kea Kowalska, Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy
11. Joanna Mizielińska, Księga umarłych
12. Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków
13. Dionisios Sturis, Grecja. Gorzkie pomarańcze
14. Dionisios Sturis, Zachód słońca na Santorini
15. Stasia Budzisz, Welewetka (audiobook)
16. Mariusz Szczygieł, Laska nebeska (audiobook)
17. Paweł Piotr Reszka, Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne (audiobook)
18. Danuta Awolusi, Wybrałam Allaha. Polki, które przeszły na Islam (audiobook)
19. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata (audiobook)
20. Kamil Iwanicki, Familoki. Śląskie mikrokosmosy. Opowieści o mieszkańcach ceglanych domów (audiobook)
21. Joanna Kuciel-Frydryszak, Chłopki. Opowieści o naszych babkach (audiobook)
22. Szczepan Twardoch, Null (audiobook)
23. Szczepan Twardoch, Pokora (audiobook)

wtorek, 31 grudnia 2024

2024

 Wyjątkowo słaby to był rok, ale chociaż parę dobrych i mocnych książek było, więc zostawię:

  1. Ito Ogawa, Kameliowy Sklep Papierniczy
  2. Patrick Radden Keefe, Imperium Bólu, Baronowie przemysłu farmaceutycznego
  3. Robert Whitaker, Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce
  4. Agata Romaniuk, Krótkie i szczęśliwie, historie późnych miłości (audiobook)
  5. Jacek Karczewski, Jej wysokość gęś, Opowieści o ptakach (audiobook)
  6. Jerzy Bralczyk, Jeść! (audiobook)
  7. Adam Zbyryt, Sensacyjne życie ptaków (audiobook)
  8. Katarzyna Nosowska, Nie mylić z miłością (audiobook)
  9. Robert Makłowicz, Cafe Museum (audiobook)
  10. Andrzej Fedorowicz, Buntowniczki. Niezwykłe Polki, które robiły, co chciały (audiobook)
  11. Michał Rusinek, Zero zahamowań (audiobook)
  12. Michał Rusinek, Nadbagaż
  13. Grażyna Latos, Elżbieta Strzałkowska, Jak złodziej przyszła
  14. Paulina Wójtowicz, Nie mój Alzheimer
  15. Agata Romaniuk, Najgorsze randki świata
Krótkie i szczęśliwe, historie późnych miłości to rozpoczęcie większej przygody z audiobookami a zarazem jeden z piękniejszych i najbardziej wzruszających zbiorów historii jakie wpadły mi w ręce. 


Radom - miasto dziwów

Nawet na szybkim 4-godzinnym wypadzie można dowiedzieć się, że oprócz starych, zaniedbanych lekko kamieniczek, w Radomiu można znaleźć różne dziwy - miłość wielką do pieczarek, słabość do zdrobnień, ale i zagrzewające do czynów zabronionych hasła!

Zachęcająca gastro faza ;) 



Wykonawcze czułości #1


Wykonawcze czułości #2


To w sumie dobre hasło na kolejny rok!

poniedziałek, 3 maja 2021

Sexify, czyli wbrew pozorom, ale trochę seksu po polsku. Z tradycyjnym wielkanocnym żurem, bulionem z shitake i Potopem w tle.


Przyznam, że naprawdę się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, że ten serial wywoła we mnie aż taką burzę różnych emocji, że będę musiała odkurzyć choć na chwilę swojego blogowego momusa. 

Widziałam w ostatnich latach kilka polskich seriali, które produkowane przez bardzo dobrze prosperujące platformy/stacje typu HBO, Canal+ czy Netflix, z dobrą reklamą i nawet całą nakręconą wokół maszynką marketingową (do Króla wyszła nawet kolekcja ciuchów!), stały na naprawdę dobrym poziomie. Z serialu na serial przekonywałam się, że jednak jak się ma fundusze, to nawet u nas można jeszcze zrobić coś, co pozwoli na przyssanie się do komputera, czy telewizora, coś co nie będzie miałkie, nie będzie odstraszało sztywnymi dialogami i będzie solidnie zrealizowane. Małe perełki kolekcjonowały się wraz z realizacją i odkrywaniem kolejnych seriali - Belfer, Ślepnąc od Świateł, Wataha, Król czy nawet W głębi lasu. Wszystkie te wymienione pozycje, które przyszły mi do głowy, jako najlepsze seriale ostatnich lat łączy jednak na pewno jedno, tj. ponury klimat. Zwykle świetna realizacja (obraz), wciągająca akcja, coraz lepiej dobrana lub skomponowana do akcji muzyka, no i wisząca w tle zmora (aka wisząca nad aktorami) - kiepsko brzmiące, dziwne dograne dialogi. Wszystko jednak kotłowało się wokół mrocznej lub przynajmniej smętnej atmosfery, bajorka odmętów psychologicznych człowieczej duszy i cierpienia. 

Może właśnie dlatego, na tym całym tle, Sexify jest po prostu petardą. Głównym motywem serialu, jak sama nazwa wskazuje, jest seks. Ale nie jest to takie bezsensowne machanie wibratorami, czy prosta, głupiutka opowiastka okraszona wachlarzem wulgarnych tekstów. W tym przypadku mamy historię ambitnej studentki, która pracuje nad swoją pracą dyplomową. Początkowy zamysł jest kompletnie inny, niż wskazywałby tytuł. Główna bohaterka, chce stworzyć aplikację, która mogłaby optymalizować proces snu. Okazuje się jednak, że większe wzięcie jest kompletnie na coś innego. Na to co zdawałoby się, że rządzi życiem wszystkich dokoła, a o czym główna bohaterka totalnie nie ma pojęcia - seks. 

W ramach rozwoju akcji podróżujemy sobie z główną bohaterką i jej dwiema koleżankami przez tę przygodę, która zdawałoby się, że na pierwszym planie zarzuca nas jedynie natrętnymi aaa... ooo.... mmm.. och... ale w głębi rysuje się dużo więcej. Poczynając od jakże istotnej kwestii poznania samego siebie, akceptacji własnej osoby, po odkrycie tego co dla nas w życiu najważniejsze. Niby takie proste, oczywiste kwestie, ale mam wrażenie, że jednak dla wielu osób (nie tylko w wieku studenckim) nadal nieprzerobione. Jeśli ktoś spodziewa się, że jak Netflix i kwestie akceptacji siebie, to pewnie będzie epatowanie tematami, dzięki którym polska prawica zbija wielki kapitał polityczny, to może się ten ktoś lekko zawieść. Wiadomo, jaki jest główny temat serialu, i myślę, że już sam zwiastun może być dla niektórych przyczyną mini zawału, a przynajmniej dużym oburzeniem i obrazą. Jednak mimo wszystko, tylko te kilka dialogów i zabawek mogą być szokujące, bo tak naprawdę okazuje się, że jednak nie do końca tylko o to w tym wszystkim chodzi. Dobra, czarny ksiądz i samo oddanie głosu kobietom, może jednak mocno niektórych boleć ;)

Rozwijająca się akcja pokazuje, że nie mamy jednak do czynienia tylko z kolorowym, różowo -wibratorowym światem polskich studentów. Fakt, jak się chwilami patrzyło na niektóre sceny, można było miło powspominać lekkość czasów studiowania, jednak problemy, które drążą głównych bohaterów nie ograniczają się tylko do beztroskiej młodości. Ponadto, eksploracja wewnętrznych rozterek bohaterów została wyśmienicie zestawiona z polskim tłem. Wibrująca mieszanka, nasz wieczny polskiego kociołek. Od zakrapianych imprezek z rodziną z meblościanką w tle, spotkań z najbliższymi okraszonych odwiecznymi pytaniami "i co z ciebie wyrośnie", zgrzytu religia / kościół / życie codzienne, poprzez święta z bulionem z shitake, seks targi i oddechy waginą. Na to wszystko jeszcze wpadają sceny z Potopu. Tak, nikt nie spodziewa się scen z Potopu, a tu jednak. Ta świętość świąt zestawiona z rozgrywającą się pomiędzy bohaterami konfrontacją, to po prostu pełne ironii cudo. Wszystko to u nas dzieje się, i wszystko to pojawia się w serialu. Mieszanka wybuchowa i do tego okraszona świetną muzyką. W sumie trochę muzyką, trochę jękami ;) Ale Jimek sprawił się rewelacyjnie i soundtrack idealnie wplata się w serialowe sceny. 


Realizatorsko nie ma się do czego przyczepić, dialogi chwilami naprawdę dobre i zabawne (o co nie tak znowu łatwo w polskich serialach). Aktorsko jest nieźle, nie ma tu żadnego sztucznego nadęcia, jest luz, jest zabawa konwencją, ale jak trzeba jest też poważne. I co stanowi naprawdę wielki szok i niedowierzanie, w końcu nie trzeba ani wytężać ucha, żeby zrozumieć bohaterów, ani zastanawiać się, jak można to było tak źle dograć. Dźwięk jest zdecydowanie na najwyższym poziomie. Mimo, że jak gdzieś słyszałam polski język w realizacji, to bardzo trudny język, to jednak da się!

Mały minusik za banalny konstrukt aplikacji. Niby nie o to tu chodzi, no ale jednak mocno banalny ten koncept. Zniesmaczyła się trochę moja analityczno-naukowa część duszy ;) 

Podsumowując, naprawdę warto skusić się, na to zdawałoby się lekkostrawne danie, gdyż czekać na nas będzie feeria wrażeń i kilka warstw smaczków. Plus, myślę, że jednak warto być na bieżąco w temacie, który co prawda skrajnie, ale porusza ludzi od lewa do prawa. 

czwartek, 29 grudnia 2016

2016

Miałam w tych ostatnich dniach napisać jeszcze coś o kilku wartych uwagi filmach i różnych mediowych tworach, na które można było trafić w ostatnim czasie. Naszły mnie jednak refleksje związane z rokiem 2016. Przemyślenia krążące wokół posuchy, jeśli chodzi o tworzenie postów, wszelakich zawirowań życiowych, a także przekroczenia magicznej liczby 30. 
Ten mały wpis, będzie więc jedynym w tym fatalnym roku. Nie przez to, że nie wydarzyło się w nim zupełnie nic dobrego, godnego zainteresowania, czy wartościowego. Tylko raczej po to, żeby zostawić ten rok jakim był i wchodzić większą ilością pozytywów w kolejny. 
I na koniec tylko jeszcze małe coś, co miało pojawić się na blogu dawno temu. Takie coś, co mówi, że w każdym wieku można i warto, bo życie może przynosić radość i uśmiech, trzeba się tylko dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć tę możliwość. Niech już teraz powieje trochę optymizmem ;)
Grupa seniorów z Nowej Zelandii - Hip Op-eration Crew, którzy tańczą hip hop! Niżej filmik przygotowany na potrzeby konkursu w którym wzięli udział. 


A tutaj więcej o dokumentalnym filmie Hip hop-eration (reż. B. Evans), który opowiada o tym jak grupa przygotowuje się do Mistrzostw Świata. Jeśli komuś uda się na to trafić, to gorąco polecam! Nie można przestać uśmiechać się przez 3/4 filmu :)

niedziela, 6 września 2015

Sauna Film Festiwal, czyli 9. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi

Już chwilę po, ale wspomnienia nadal żywe. Obowiązkowa pozycja w kalendarzu tym razem także nie zawiodła, dostarczając dużo bardzo różnorodnych, nie tylko filmowych emocji. W wielkim żarze lejącym się z nieba, przy delikatnym chlupocie Wisły doświadczanym w przerwach filmowych, jedzeniu na szybko i ochłodą pod rynkowymi parasolami korzystałam z corocznych przyjemności jakie serwuje Festiwal w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą.





Program filmowy nie był może wypchany po (dwa) brzegi fantastycznymi pozycjami, nie trzeba było obawiać się, że będzie można zasłabnąć w kinie z braku pokarmu, czy wody, było jednak za to kilka perełek, których nie można było opuścić. Sporo pozycji z zagranicznych festiwali (zwłaszcza interesujący dział tzw. „Małe Cannes” sekcji „Pod namiotem”), dostarczające dużych emocji dokumenty (zwłaszcza „Amy” oraz „Hip Hop nie zna wieku”), retrospektywa wszechstronnego aktora – Adama Woronowicza, ulubiony przeze mnie konkurs filmów krótkometrażowych oraz trochę polskich premier.

Dwa filmy, które udało mi się zobaczyć, potwierdzają, że z polskim kinem cały czas dzieje się dosyć dobrze. Czerwony Pająk i Noc Walpurgi nie są może dziełami na miarę Idy, ale poruszają bardzo interesującą tematykę, tak intensywnie, że nie można się uwolnić od myśli zrodzonych przez te filmy jeszcze długo po zakończeniu seansu. Czerwony Pająk to bardzo luźna interpretacja zdarzeń dotyczących zbrodni dziejących się w latach 60siątych, historii tzw. wampira z Krakowa. Jest to opowieść nieoczywista, prowadząca widza przez meandry zdarzeń oraz motywacji, przybliżająca tematykę zła, które może zrodzić się w człowieku. Okraszona przy tym pięknymi, oddającymi klimat zdjęciami i doskonałą scenografią czyni z utrwalonego na kliszy filmowej miasta dodatkowego bohatera dramatu. Noc Walpurgii też oscyluje w pewnym sensie wokół zła (już sam tytuł może prowadzić do pewnych skojarzeń). Pojawia się ona jednak raczej jako ślad, blizny w duszy człowieka, mieszając się przy tym radością z życia i czerpaniem z niego różnorodnych przyjemności. Forma filmu jest trochę szalona, a to bezwstydne ujęcia i dialogi, a to przyspieszone sceny. Praktycznie cały film rozgrywa się w jednym mieszkaniu, a akcja toczy się między dwójką bohaterów (świetnie zagrana postać Nory Sedler przez Małgorzatę Zajączkowską). Osadzenie akcji i dobór ujęć, przywodzą trochę na myśl scenę teatralną, kładąc jeszcze większy nacisk na to co dzieje się między głównymi bohaterami. Wizje reżysera, przetykane są odrobiną pikanterii, która dostarcza widzowi czystej przyjemności, nie powodując jednak zgrzytu z momentami, w którym przychodzi czas na refleksje. Warto też wspomnieć, że Noc Walpurgii jest debiutem fabularnym Marcina Bortkiewicza, który na tym samym festiwalu wygrał w 2013 roku Konkurs Filmów Krótkometrażowych swoim świetnym „Potretem z niepamięci”. 
Program artystyczny w tym roku wypadł niestety dosyć słabo. Zachęcał jedynie koncert otwarcia – Wojtek Mazolewski Trio odbywający się w przepięknej scenerii odnowionych ruin kazimierskiego zamku. Reszta z propozycji, bliżej nieznana szerokiej publiczności, nie przyciągała zbyt dużej ilości chętnych, w większości przypadków bez większej straty dla wspomnianych. Nie było także tym razem, rozbudowanej oferty koncertowej w knajpie Przystanek Korzeniowa, ani nawet (otwartego dla wszystkich) koncertu Dziadów Kazimierskich, które powinny być chyba pozycją obowiązkową. Nie ma co zbyt dużo wspominać o braku otwartego dla wszystkich Klubu Festiwalowego, bo to chyba nigdy się nie zmieni.


Na uwagę zasługuje jeszcze fakt, że identyfikacja wizualna festiwalu wykonana została już drugi raz z rzędu przez Zuzannę Rogatty. I tym razem powstał godny zainteresowania, spójny, minimalistyczny projekt z dobrze dobranymi kolorami. Stworzone logo zostało docenione na tyle, że zakwalifikowało się na Drugą Ogólnopolską Wystawę Znaków Graficznych. Podobnie jak w tamtym roku podoba mi się, pochwalam i czekam na wizję na następny rok (całość do obejrzenia tutaj).
Z wielką niecierpliwością będę także śledzić wszystkie informację związane z jubileuszową edycją, mam nadzieję że ta 10-siątka przyniesie ze sobą mnóstwo fantastycznych emocji zarówno filmowych jak i około towarzyszących (no może tylko, żeby dało się załatwić trochę mniej słońca i związanej z tym sauny). 





niedziela, 17 sierpnia 2014

Krótko na Dwóch Brzegach

Oprócz ogólnych festiwalowych wrażeń, warto zagłębić się także w to co najważniejsze, czyli trafione perełki i największe zgrzyty, zwłaszcza w najważniejszych dla mnie krótkich metrażach.
Tegoroczny wybór Jury w niezależnym konkursie krótkometrażowych filmów nie do końca mi leży, jednak w związku z tym, że jurorzy wybierani są spośród widzów mogą mi odpaść tłumaczenia, że nie znam się i się nie orientuję.  Swobodnie mogę się za to tłumaczyć odmiennym gustem filmowym, który podpowiada, że wybrane filmy złe nie są, ale jednak były także lepsze.
Zwycięzca nagrody głównej czyli „Mocna kawa wcale nie jest taka zła” (reż. Alek Pietrzak) bazując na bardzo znanej i dobrze grającej obsadzie aktorskiej opowiada historię trudnych relacji między ojcem a synem. Syn (Wojciech Mecwaldowski) stając na rozstaju drogi życiowej wraca do dawno niewidzianego ojca (Marian Dziędziel), by pogodzić się z nim, a przy tym by tak naprawdę dotrzeć do prawdy o sobie i otrzymać odpowiedzi co robić dalej z własnym życiem. Historia okraszona jest kilkoma zabawnymi momentami, co nadaje jej niewątpliwego uroku, poza tym scenariuszowo krąży jednak wokół wielu stereotypów i uproszczeń, czyniąc opowieść bardzo przewidywalną.
Lepiej w tym aspekcie wypadł film o dość zbliżonej tematyce „Ojcze Masz” (reż. Kacper Lisowski) z bardzo przekonującą kreacją Arkadiusza Jakubika wcielającego się w postać punka, wiecznego buntownika, który przez splot różnych wypadków zostaje wplątany w opiekę nad dzieckiem praktycznie obcej kobiety. W starciu z młodym człowiekiem wulgarny i żyjący z zasadami na bakier bohater odsłania kawałeczek swojej prawdziwej twarzy skrywanej pod twardą skorupą. Tacy bohaterowie nie są też w kinie niczym nowym, jednak cały splot wszystkich scenariuszowych zdarzeń tworzy opowieść, która zaciekawia i sprawia, że jest się ciekawym dalszego ciągu. Jakubik dołożył także dużo dobrego - w trakcie rozwoju postaci widać przez cały czas ślady walki jaką bohater musi toczyć sam ze sobą w obli­czu kolejnych pojawiających się problemów. Przekonująca gra pozwoliła uniknąć banalizacji historii i naprawdę wczuć się w to co dzieje się na ekranie.

"Mocna kawa wcale nie jest taka zła", reż. Alek Pietrzak, materiały prasowe ze strony festiwalu

Zwycięzca drugiej nagrody to film „Gorzko, gorzko!”  (reż. Julii Rogowska i Małgorzata Załęcka). Historia opowiada o małej pomyłce, która doprowadziła do tego, że właściciel domu bankietowego (Sławomir Orzechowski) ma do otarcia dużo więcej potu z czoła niż zwykle - w jego domu bankietowym w tym samym czasie musi zorganizować dwie uroczystości zahaczające o skrajny wachlarz emocji, tj. wesele i pogrzeb. Ciekawy pomysł, który kreśli tło do dużo poważniejszych przemyśleń związanych z przemijaniem, podkreślając trochę głębszą tematykę zwłaszcza w końcowych, bardzo wzruszających scenach. Do tego jeszcze pstryczek w nos funkcjonującej cały czas lekko żenującej konwencji weselnej i kilka zabawnych scen, czynią film godną zainteresowania krótką fabułą.
Patrząc na fabuły trochę warto także przywołać film „Mały palec” (reż. Tomasz Cichoń), który nie porusza może super ważnych i głębokich tematów – jest krótką i przewrotną historią na temat młodych chuliganów o mocno spuchniętym ego. Jednak jak na polskie warunki, w których ciężko znaleźć lekkie i zabawne sensacje, to cudo z przymrużeniem oka opowiada wciąga w świat „prawdziwej gangsterki"

.

Trzecia nagroda wybrana przez Jury jest jednak dla mnie totalnym nieporozumieniem. Rozumiem, że „Sonda o mężczyznach” (reż. Mateusz Głowacki) może bawić publiczność i podobać się ze względu na swą lekkość, jednak dla mnie to tylko granie na naprawdę już powycieranych stereotypach, aż proszące się o większe zgłębienie historii, a jednak falujące po powierzchni opowieści galerii kobietek dobranych do wywiadów, na podstawie kryteriów znanych tylko autorowi. Może gdybym nie patrzyła z perspektywy wcześniejszego filmu reżysera, sytuacja wyglądała by trochę inaczej. Głowacki w swoim wcześniejszych obrazie dopytywał się bowiem mężczyzn o płeć przeciwną. To także było zabawne, podobnie jednak grało na utartych schematach i dodatkowo by wzmóc efekt żartu opierało się na zestawie jeszcze dziwniej podobieranych postaci. Co by nie szerzyć jednak jakiegoś uprzedzenia do wspomnianego reżysera, polecić mogę gorąco jego film „Zabicie ciotki” który okraszony absurdalnym humorem przypomina trochę motywy zbrodni doskonałej, która zwłaszcza dla psychiki bohatera nie wydaje się jednak do końca taka prosta. Oba filmy Głowackiego zostały docenione na festiwalu Short Waves w Poznaniu, z tym, że historia morderstwa nie do końca kochanej ciotki dostała główną nagrodę od jury konkursu, a „Sonda o kobietach” nagrodę publiczności.
Pozostając w gatunku reportażu i dokumentu muszę wspomnieć o filmach, które pojawiły się w konkursie a niestety zostały pominięte przez Jury. Kilka lepszych pozycji łączy fakt doboru naprawdę ciekawego bohatera, sprawnej realizacji i odwagi przy opowiadaniu takich historii, zarówno po stronie postaci jak i reżysera, a także fakt, że zachęcają do szerszych dyskusji.. Jeśli będzie taka możliwość zachęcam do obejrzenia opowieści o młodym kierowcy autobusu szukającym kobiety swojego życia, czyli „21 dni” (reż. Damian Kocur), bardzo barwna, zabawna i bezkompromisowa dokumentacja życia sławnego redaktora Bohdana Gadomskiego, czyli „Diamentowo-złoty redaktor” (reż. Monika Nowickiej), a także ładna i pozytywna opowieść o spełnianiu marzeń – „Skrzydła” (reż. Michał Bajtała i Michał Nessel). Wart zainteresowania jest także dokument stawiający pytania o sens i emocje ludzi tworzących czternastometrowego papieża powstającego w fabryce dinozaurów i ogrodowych krasnali – „Najwyższy” (reż. Katarzyna Gondek) oraz ciężka, ale bardzo prawdziwa historia miłości syna do matki chorej na demencję - "Stasiek" (reż. Maciej Miller)

"Sonda o mężczyznach", reż. Mateusz Głowacki, materiały prasowe ze strony festiwalu

"Diamentowo-złoty redaktor", reż. Monika Nowicka, materiały prasowe ze strony festiwalu

Niestety często w historii festiwalu animacje nie były dostrzegane przez Jury konkursu. Dlatego chyba lepszym pomysłem byłoby rozdzielenie kategorii w konkursie na oddzielne dokument, fabułę i właśnie animację. Ciężko porównywać filmy, które zrealizowane w zupełnie inny sposób, przy użyciu innych środków mogą stawiać nacisk na zupełnie inne rzeczy. Oprócz zgłoszonych przez bardzo uznanych twórców perełek warsztatu (np. „Hipopotamy” w reż. Piotra Dumały), znalazły się także ciekawe pozycje młodych twórców – jak np. wykonana bardzo prostymi środkami, ale przy tym piękna opowieść o tym, że trzeba doceniać to co się ma - „Morze” (reż. Zofia Dąbrowska), „Rabbitland” (reż. Ana Nedeljković, Nikola Majdak Jr.) świetnie ukazujący utopijny świat królików, w którym warunkiem szczęścia jest nieposiadanie mózgu, a także interpretacja wiersza o pająku i muchach Jana Brzechwy, metaforycznie nawiązująca do wielkiego, złowieszczego miasta, konsumującego swoje ofiary – „Pająk i muchy” w reż. Tessy Moult-Milewskiej. Na koniec jeszcze bajka nie tylko dla dzieci "Trzej królowie – Pastorałka" (reż. Anna Błaszczyk), czyli zabawny i piękny animowany teledysk do kolędy ze zbioru „Pastorałek i Kolęd z melodyjkami” z 1843 roku.

"Morze", reż. Zofia Dąbrowska, materiały prasowe ze strony festiwalu

 
"Pająk i muchy", reż. Tessa Moult-Milewska, materiały prasowe ze strony festiwalu




Oprócz krótkiej konkursowej mety, na festiwalu pojawiały się jeszcze inne krótkie "tortowe wisienki" zwłaszcza dokumentalne. Świetny, do bólu prawdziwy i nielukrujący film „C.K.O.D.2 – Plan ewakuacji” (reż. Piotr Szczepański) pokazujący zespół Cool Kids of Death w chwilach zwątpienia i pytań o to jakie są granice sztuki i sprzedawania się, a także jak bardzo członkowie zespołu zmienili się w stosunku do buntowniczych bohaterów z wcześniejszej części, nakręconej 10 lat temu, w trakcie rozkwitu grupy.
Dodatkowo w końcu bardzo pozytywny obraz Polaków, jak to mówili sami autorzy i ponoć widzowie rozmaitych międzynarodowych festiwali, których nie tylko biją i krzywdzą, ale którzy mogą odnieść prawdziwy sukces. Mowa o filmie Przyjaciele na 33 obroty – Rosław Szaybo i Stanisław Zagórski (reż. Grzegorz Brzozowicz), czyli historii dwóch grafików, którzy rozwinęli swoją międzynarodową karierę artystyczną głównie dzięki projektowaniu okładek płyt gramofonowych. Ciepła, zabawna i nieźle nakręcona historia (ładne i profesjonalne ujęcia, przynoszące na myśl spełnienie prawdziwego „american dream”) przybliża obraz dwójki przyjaciół, fascynujących osobowości, o  których wieść powinna nieść się jak najszerzej.
Cały film można obejrzeć na stronie Ninateki - polecam też poprzeglądać katalogi, można znaleźć sporo ciekawych rzeczy.  
Przy zestawieniu atmosfery festiwalu i małych filmowych zgrzytów oscylujących w tematyce granic sztuki związanych z wykorzystaniem zwierząt, do spełnienia zamysłu reżysera – dla mnie trochę kontrowersyjny film „Mleczny brat”, czy nadętości i przesadności niektórych obrazów – przeładowany symboliką film Lecha Majewskiego „Psie pole”, który miesza brzozy z katastrofy smoleńskiej z Boską Komedią Dantego, te małe krótkie perełki wygrywają podwójnie i sprawiają, że filmowo naprawdę warto przyjechać na ten festiwal.