Przyznam, że naprawdę się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, że ten serial wywoła we mnie aż taką burzę różnych emocji, że będę musiała odkurzyć choć na chwilę swojego blogowego momusa.
Widziałam w ostatnich latach kilka polskich seriali, które produkowane przez bardzo dobrze prosperujące platformy/stacje typu HBO, Canal+ czy Netflix, z dobrą reklamą i nawet całą nakręconą wokół maszynką marketingową (do Króla wyszła nawet kolekcja ciuchów!), stały na naprawdę dobrym poziomie. Z serialu na serial przekonywałam się, że jednak jak się ma fundusze, to nawet u nas można jeszcze zrobić coś, co pozwoli na przyssanie się do komputera, czy telewizora, coś co nie będzie miałkie, nie będzie odstraszało sztywnymi dialogami i będzie solidnie zrealizowane. Małe perełki kolekcjonowały się wraz z realizacją i odkrywaniem kolejnych seriali - Belfer, Ślepnąc od Świateł, Wataha, Król czy nawet W głębi lasu. Wszystkie te wymienione pozycje, które przyszły mi do głowy, jako najlepsze seriale ostatnich lat łączy jednak na pewno jedno, tj. ponury klimat. Zwykle świetna realizacja (obraz), wciągająca akcja, coraz lepiej dobrana lub skomponowana do akcji muzyka, no i wisząca w tle zmora (aka wisząca nad aktorami) - kiepsko brzmiące, dziwne dograne dialogi. Wszystko jednak kotłowało się wokół mrocznej lub przynajmniej smętnej atmosfery, bajorka odmętów psychologicznych człowieczej duszy i cierpienia.

Może właśnie dlatego, na tym całym tle, Sexify jest po prostu petardą. Głównym motywem serialu, jak sama nazwa wskazuje, jest seks. Ale nie jest to takie bezsensowne machanie wibratorami, czy prosta, głupiutka opowiastka okraszona wachlarzem wulgarnych tekstów. W tym przypadku mamy historię ambitnej studentki, która pracuje nad swoją pracą dyplomową. Początkowy zamysł jest kompletnie inny, niż wskazywałby tytuł. Główna bohaterka, chce stworzyć aplikację, która mogłaby optymalizować proces snu. Okazuje się jednak, że większe wzięcie jest kompletnie na coś innego. Na to co zdawałoby się, że rządzi życiem wszystkich dokoła, a o czym główna bohaterka totalnie nie ma pojęcia - seks.
W ramach rozwoju akcji podróżujemy sobie z główną bohaterką i jej dwiema koleżankami przez tę przygodę, która zdawałoby się, że na pierwszym planie zarzuca nas jedynie natrętnymi aaa... ooo.... mmm.. och... ale w głębi rysuje się dużo więcej. Poczynając od jakże istotnej kwestii poznania samego siebie, akceptacji własnej osoby, po odkrycie tego co dla nas w życiu najważniejsze. Niby takie proste, oczywiste kwestie, ale mam wrażenie, że jednak dla wielu osób (nie tylko w wieku studenckim) nadal nieprzerobione. Jeśli ktoś spodziewa się, że jak Netflix i kwestie akceptacji siebie, to pewnie będzie epatowanie tematami, dzięki którym polska prawica zbija wielki kapitał polityczny, to może się ten ktoś lekko zawieść. Wiadomo, jaki jest główny temat serialu, i myślę, że już sam zwiastun może być dla niektórych przyczyną mini zawału, a przynajmniej dużym oburzeniem i obrazą. Jednak mimo wszystko, tylko te kilka dialogów i zabawek mogą być szokujące, bo tak naprawdę okazuje się, że jednak nie do końca tylko o to w tym wszystkim chodzi. Dobra, czarny ksiądz i samo oddanie głosu kobietom, może jednak mocno niektórych boleć ;)
Rozwijająca się akcja pokazuje, że nie mamy jednak do czynienia tylko z kolorowym, różowo -wibratorowym światem polskich studentów. Fakt, jak się chwilami patrzyło na niektóre sceny, można było miło powspominać lekkość czasów studiowania, jednak problemy, które drążą głównych bohaterów nie ograniczają się tylko do beztroskiej młodości. Ponadto, eksploracja wewnętrznych rozterek bohaterów została wyśmienicie zestawiona z polskim tłem. Wibrująca mieszanka, nasz wieczny polskiego kociołek. Od zakrapianych imprezek z rodziną z meblościanką w tle, spotkań z najbliższymi okraszonych odwiecznymi pytaniami "i co z ciebie wyrośnie", zgrzytu religia / kościół / życie codzienne, poprzez święta z bulionem z shitake, seks targi i oddechy waginą. Na to wszystko jeszcze wpadają sceny z Potopu. Tak, nikt nie spodziewa się scen z Potopu, a tu jednak. Ta świętość świąt zestawiona z rozgrywającą się pomiędzy bohaterami konfrontacją, to po prostu pełne ironii cudo. Wszystko to u nas dzieje się, i wszystko to pojawia się w serialu. Mieszanka wybuchowa i do tego okraszona świetną muzyką. W sumie trochę muzyką, trochę jękami ;) Ale Jimek sprawił się rewelacyjnie i soundtrack idealnie wplata się w serialowe sceny.
Realizatorsko nie ma się do czego przyczepić, dialogi chwilami naprawdę dobre i zabawne (o co nie tak znowu łatwo w polskich serialach). Aktorsko jest nieźle, nie ma tu żadnego sztucznego nadęcia, jest luz, jest zabawa konwencją, ale jak trzeba jest też poważne. I co stanowi naprawdę wielki szok i niedowierzanie, w końcu nie trzeba ani wytężać ucha, żeby zrozumieć bohaterów, ani zastanawiać się, jak można to było tak źle dograć. Dźwięk jest zdecydowanie na najwyższym poziomie. Mimo, że jak gdzieś słyszałam polski język w realizacji, to bardzo trudny język, to jednak da się!
Mały minusik za banalny konstrukt aplikacji. Niby nie o to tu chodzi, no ale jednak mocno banalny ten koncept. Zniesmaczyła się trochę moja analityczno-naukowa część duszy ;)
Podsumowując, naprawdę warto skusić się, na to zdawałoby się lekkostrawne danie, gdyż czekać na nas będzie feeria wrażeń i kilka warstw smaczków. Plus, myślę, że jednak warto być na bieżąco w temacie, który co prawda skrajnie, ale porusza ludzi od lewa do prawa.