piątek, 17 sierpnia 2012

Dwa Brzegi

Jedno z dwóch wydarzeń, na które niecierpliwie czekam przez cały rok. Festiwal, który przez lata zmieniał swe nazwy, ale niezmiennie przynosił mi mnóstwo pozytywnych emocji. Nie tylko filmowych ;) Nigdy nie darzyłam wielką miłością uwielbianego przez wielu miasteczka, którym jest Kazimierz Dolny. Jednak ten jeden festiwalowy tydzień w roku jest tygodniem erupcji uczuć do tej mieściny. Już nie przeszkadzają te wielkie ilości ludzi błąkające się po każdym zakamarku miasteczka. Te slalomy, by nie wpaść na kogoś z watą cukrową, czy ociekającym czekoladą gofrem. Nie irytuje już nawet odganianie napastliwych cyganek, które gotowe są gonić upatrzonego delikwenta przez cały rynek. W końcu wiadomo, że nie można uciekać od przeznaczenia ;)
A dlaczego ten tydzień jest tak szczególny? Ponieważ w dzień w Kazimierzu istnieje inna jednostka czasowa - seans. Nawet posiłki dostosowuje się pod seanse. Bo cóż tam obiad, gdy w namiocie akurat jest coś ciekawego. Wieczorem ta jednostka czasowa wzbogaca się zwykle o podjednostkę zwaną  piwem. Seans wieczorami zamienia się czasami także w spektakl, koncert albo imprezę ze znajomymi.  Wszystko, w poczuciu wielkiej wolności. Bez dbałości o to, czy najbliższą noc spędzi się w domu, nad Wisłą w oczekiwaniu na wschód słońca, czy może w lekko zapomnianym pokoiku nad kazimierską knajpą. Ważne, żeby nie przegapić następnego dnia zbyt wielu filmów. Nieistotne w jakich warunkach, czy to na niewygodnym rynkowym bruku, czy na schodach w wypchanej po brzegi sali, ale liczy się to, by chłonąć wszystkie, czasem nawet bardzo skrajne emocje filmowe i atmosferę artystycznego Kazimierza, pełnego żyjących w trochę innym świecie ludzi.

Koniec z sentymentalnymi poematami na temat tego zjawiska. Trochę konkretów o tym co było na festiwalu w tym roku. Programowo niestety bez wielkich rewelacji. Retrospektywa Koterskiego była dobrym pomysłem. Bardzo cenię reżysera, ale większość jego filmów już widziałam, więc wielkich ochów i achów nie było. Co do retrospektywy Fridrika Thor Fridriksonna muszę przyznać, że nawet spróbowałam. Akurat wybrałam jedną z ostatnich propozycji i jakoś nie żałuję, że przegapiłam wcześniejsze. Udało mi się wysiedzieć na jego filmie całe 10 minut. Nie to, że wszystkie od razu muszą być takie same, ale fakt, że trafiłam na godzinny film, w którym pokazywane są ujęcia z kamery zamontowanej na masce samochodu jadącego przez Islandię, jakoś tak nie bardzo przekonał do bliższego zapoznania z resztą. Blok Ekspresjonizm niemiecki może i skusiłby mnie którąś z pozycji, ale 10 rano, to jednak trochę nieludzka godzina ;). A cyfrowe rekonstrukcje hitów typu Koziołek Matołek, czy spektakle teatru telewizji, można sobie obejrzeć na własnym ekranie telewizora. Ponadto patrząc na samą ulotkę programową można było dostrzec ewidentne dziury, w których dla zmyły zostały umieszczone festiwalowe muchy. Poza tym kilka odwołanych spotkań, czy jakieś filmy, które już były w ubiegłorocznym programie. Przerobiony z tamtego roku zwiastun festiwalowy, Głos Dwubrzeża, który zaczął wychodzić z opóźnieniem, brak seansów na Kazimierskim zamku, czy w barze Amfibia. Niestety nie da się ukryć, że ziało trochę brakiem funduszy i problemami organizacyjnymi. Pewnie miało to trochę wspólnego z tym, że Puławy wypadły w tym roku z organizacji festiwalu. Szkoda, szkoda, bo to był plus dla mojego kochanego miasta i dla samego festiwalu. Zabrakło mi też w tym roku większego wsparcia dla inicjatywy Krótkie do kin. Był co prawda coroczny blok krótkich metraży, ale tylko przed pojedynczymi seansami (głównie darmowymi na małym Rynku) można było zobaczyć coś krótkiego (pomijam dziwne filmy, które brały udział w konkursie PGE).  

Mimo tegorocznych niedogodności udało się trafić na kilka dobrych seansów, na niektóre już zgodnie z tradycją zupełnym przypadkiem. Swoją drogą, zaczęła się też tworzyć nowa tradycja, że oprócz przypadkowych dobrych filmów, trafiam co roku na przynajmniej jedno tzw. nieporozumienie. Czy to film o ludziach idących 1,5h przez pustynię, bohaterki walczące przez 10 min z wiatrem hulającym na plaży, czy może wspomniany wyżej film o długiej, ale to naprawdę bardzo długiej podróży przez Islandię. Zawsze musi być takie coś! Tak więc z tych dobrych przypadków udało mi się trafić na film "Parada" reż. Sdrjana Dragojevica. Opowiada on o ciężkiej sytuacji gejów w Serbii i wykorzystując w zabawny sposób stereotypowe homofobiczne lęki pokazuje, że nawet "prawdziwy”, napakowany testosteronem mężczyzna może zaakceptować takie odrębności. Szkoda, że u nas nikt nie robi takich zabawnych filmów na poważne tematy. W tej ładnej opowieści o tolerancji jest miejsce na naprawdę solidną dawkę śmiechu - dostaje się tu nie tylko relacjom homoseksualnym, ale pod nóż idą także heteroseksualne związki i mnóstwo innych stereotypów. Jest jednak także miejsce na chwilę refleksji, bo przedstawiane realia z jakimi muszą się zmierzać serbscy geje są naprawdę niewesołe.

Warto też zobaczyć dokument "Wirtualna Wojna" w reż. Jacka Bławuta. Film opowiada o grupie zapaleńców grających w symulatory myśliwców w realiach II wojny światowej. Poważne patriotyczne wstawki, wiecznie obecne narodowe animozje i przy tym naprawdę spora dawka śmiechu związana z tym, jak gracze przeżywają swoją grę i jak reagują na to ich rodziny. Mamy w tym filmie spojrzenie naprawdę z wielu stron, bo bohaterowie są z Rosji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec i oczywiście Polski – co ważne możemy obejrzeć zarówno prawdziwych Polaków, jak i wyklętych Volksdeutschów, latających w niemieckich barwach. Co ciekawe akcja filmu obraca się wokół konkretnej misji mającej oddać hołd jednemu z lotników, który faktycznie uczestniczył kiedyś w walkach i by móc nakręcić bohaterów ze wszystkich stron świata zdjęcia powstawały przez 7 lat, a owa misja powtarzana była po kilka razy. Ciekawa opowieść przeplatana jest zdjęciami z rozgrywającej się misji, co pozwala przynajmniej po części zrozumieć fascynację ową grą. Film może trafi do dystrybucji kinowej, więc polecam śledzić repertuary i w razie czego iść, koniecznie!

Na koniec jeszcze mały sentyment - animacja, która jakiś czas temu związała się z festiwalem. Kto bywał, wie o co chodzi. 



niedziela, 12 sierpnia 2012

YUMA, reż. Piotr Mularuk


Yuma miała ze mną to szczęście, że przyciągnęła mnie do siebie zupełnym przypadkiem. Ale przecież zbrodnią byłoby nie wykorzystać darmowej wejściówki na uroczysty pokaz z gwiazdami filmu :D.
Gdybym opierała się tylko na recenzjach, bądź samym zwiastunie (jego druga połowa stanowczo zniechęca, bo romans to, czy western?), to raczej nie miałabym szansy zapoznać się z tym filmem. A tak, to miałam przynajmniej 2 godziny jako takiej rozrywki.



Co nieco o fabule. Początek zmian gospodarczych w Polsce, 3 lata po upadku PRLu dobry, młody chłopaczek zaczyna być zmęczony marnym, biednym życiem w małym, przygranicznych miasteczku. Ulegając wielkiej fascynacji ociekającym luksusem zachodem, będąc dodatkowo pod natchnieniem westernowych historii zdobywa się na ryzykowny, ale jakże kuszący krok – pierwszą jumę. Zaczyna się bardzo niewinnie, a rozpętuje się ostre piekiełko.

Sam temat zarysowuje się dość ciekawie. Przemiana głównego bohatera i realia, w których osadzona została fabuła stwarzają sporo możliwości. YUMA wykorzystuje je niestety tylko połowicznie. To co zdaje się być głównym polem do popisu, zostaje zepchnięte na drugi plan. Nie widać niestety czy coś się w tym naszym dobrym, pięknym blond buntowniku dzieje. Mało jest takich scen, w które wplątane byłyby emocje towarzyszące działaniom głównego bohatera, a nawet jeśli się już pojawiają, to Zyga wypada w nich mdło. Mimo że Gierszał jest dobrym aktorem (ostatnio otrzymał nawet bardzo prestiżową nagrodę dla młodych europejskich aktorów - Shooting Star European Film Promotion), to mimo zwiastunowych zapewnień nie wypadł bardziej przekonująco niż w Sali samobójców. 
Drugi wątek historii wypada już na szczęście o wiele lepiej. Reżyserowi udaje się trafnie zobrazować polską mentalność. Dostajemy pstryczki w nos za odwieczną, nieuleczalną nienawiść do sąsiadów, a także za podwójną moralność – bo przecież Zyga nic nigdy nie ukradł, on tylko u Niemca jumał. Podoba mi się także użyta w filmie lekka dawka kiczu. Czytałam recenzję, w której ktoś strasznie zżymał się, że wszystko bryka tu w rytm tandety i disco polo. Czy jednak, aż tak bardzo odstawało to od tamtej rzeczywistości? Wydaje mi się, że nadal są małe miasteczka, w których nic się w tej materii nie zmieniło.
Nie może być jednak zbyt kolorowo. W końcu to tylko Polska, a nie dziki zachód ;) Postaci są trochę przerysowane, co w niektórych przypadkach wypada dobrze, podciągając się pod użytą formę kiczu. Czasem miałam jednak wrażenie, że wymknęło się to trochę spod kontroli i minęło z zamierzaniami reżyserskimi. Patrząc na niektórych bohaterów nie wiadomo było czy śmiać się, płakać, czy może gryźć fotel z zażenowania. Opat - grany przez Kota robi wielką krzywdę zarówno jemu i całemu filmowi. Nie dość, że zaczynam mieć wrażenie, że przyszedł jakiś sezon na Kota, to jeszcze zaczęłam obawiać się, że stała mu się jakaś krzywda. Może bawiąc się w parodiowanie Lindy, nie zdążył doprowadzić swej przemiany do końca i zastygł w połowie z dziwnym Lindo-podobnym grymasem na twarzy. Widziałam gdzieś opis filmu z komentarzem „Najbardziej demoniczna rola Tomasza Kota”. Dobre sobie.
Ponadto bohaterów i wątków jest trochę za dużo. Mamy tu wszystkich - stróża prawa, skorumpowanego urzędnika, złego bandytę, płaszczącą się zakochaną laseczkę i uwielbianą laseczkę, sympatycznego Niemca, którego nikt nie może zaakceptować i jeszcze całą gangsterską sieć powiązań. Do wyboru do koloru. Obecność większości wydaje się być uzasadniona i raczej dopełnia fabułę (no może oprócz złego Opata-Kota bo on jest po prostu absurdalnie śmieszny i żeby nie powiedzieć brzydko, totalnie do niczego nie podobny). Wydarzenia, które im towarzyszyły można było jednak ograniczyć i oszczędzić widzom trochę nudy. Mimo wszystko, powiewa tylko kilka razy. 
Jest też inny dość słaby punkt - scenografia. Chyba można było trochę bardziej się wysilić, by przybliżyć tamte realia. Markety, jumane rzeczy i inne bajery wyglądają jednak dość współcześnie.

Cieszy mnie, że powstają polskim głównym obiegu także filmy, które nie żerują na historycznych samograjach i próbują dotykać innych, ciekawych, bardziej współczesnych tematów. Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby w tym filmie więcej było zdecydowania na wciągający emocjonalnie temat, niż na przyjemną dla oka rozrywkę. Mały plusik jeszcze za to, że udało mi się kilka razy szczerze zaśmiać (o to na naszych ostatnich filmach naprawdę ciężko) – i od razu zaznaczam, nie były to tylko żarty bazujące na wulgaryzmach. Chociaż te także "musiały" się pojawić i nie wiedzieć czemu (naprawdę, nigdy nie potrafiłam pojąć tego fenomenu!) tradycyjnie wzbudzały wśród wielu salwy śmiechu.
Podsumowując, da się to obejrzeć, ale nie ma się co łudzić, że wyjdziemy z seansu z przeświadczeniem, że nasz świat stanął na głowie. Możemy zobaczyć, ucieszyć się, że jest jakaś nadzieja w naszym kinie i zapomnieć.

Dodatkowo warto zwrócić uwagę na promocję filmu. Chodzi mi zwłaszcza o teledysk do piosenki Kazika promującej film. Westernowa konwencja z komiksową kreską, krótkie ujęcia podkreślające charakter postaci, niezła charakteryzacja i super zdjęcia - brawa dla pana Skoniecznego i wszystkich, którzy nad tym pracowali. Szkoda, że cały film nie był utrzymany w takim klimacie. Potwierdza to także moje przemyślenia, że ostatnio jeśli warto się interesować naszymi produkcjami, to jednak sensowniejszym wyborem będą właśnie krótkie formy.  


sobota, 16 czerwca 2012

Noc żywych Żydów


Napisana przez Igora Ostachowicza, prywatnego doradcę Tuska, jak mówią strasznie prowokacyjna i szokująca książka. Skąd takie stwierdzenia? Język jakim pisana jest opowieść jest dość wulgarny, historia jest przesiąknięta seksem i makabrą, ale czy nasz współczesny świat nie jest właśnie tym wypełniony? Część znajomych, gdy słyszała o czym czytam, pukała się w czoło albo stwierdzała, że jak ja taka wielka "wielbicielka” Żydów, mogę czytać coś takiego. Że zombie Żydzi spacerujący po Warszawie, tłumaczący że pochodzą z grupy rekonstrukcyjnej lub organizują flash-mob, że piłeczki pingpongowe wkładane w oczodoły żeby mieć zastępstwo oczka, bądź gubiona w trakcie ucieczki ręką, to wcale nie są zabawne rzeczy. Książka ma specyficzny humor, który pewnie nie do każdego może trafić, wykorzystuje motyw Holocaustu w trochę inni sposób niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni (chociaż były już wcześniej film Tarantino - Bękarty Wojny, które nie wywołały, aż tak wielkiego skandalu), ale robi to w imię dobrych idei. Autor daje nam po tyłkach, nam współczesnych, przewrażliwionych i zlęknionym, że za każdym rogiem czyhają na nas oddziały domagającej się czegoś, walczącej o swoje żydokomuny. A na miejscu tych mar, duchów przeszłości mógłby stanąć każdy, gdyby tylko historia potoczyła się inaczej. 

Zła nie da się przysypać gruzami i ziemią, cierpienie trzeba uszanować i rozliczyć, krew jeśli się jej w porę nie zmyje i pozwoli obojętnie wsiąknąć w ziemię, zmieszana z gliną wylezie kiedyś hordą golemów podobnych jak czołgi, a połamane kości i sponiewierane ciała obleką się w te resztki szmat, których im nie ukradziono, skleć się siłą podbiologii w dwunożne zmory znające tylko ból i będą się tym bólem dzielić, biegając pochylone od drzwi do drzwi naszych spokojnych mieszkań.
[fragment z okładki]

Może faktycznie gdybyśmy rozliczyli się z tego w odpowiednim czasie, okazali więcej prawdziwego zrozumienia, teraz nie dręczyłyby nas antyżydowskie fobie. W książce pojawia się pytanie, dlaczego z piwnic nie wychodzą też skrzywdzeni w trakcie wojny Polacy. O nich ktoś pamięta, im stawia się pomniki, znicze, a o zwykłych Żydach, mimo że przez wiele lat żyli z Polakami ramię w ramię, już nie pamięta się tak jak o normalnych ludziach, zawsze pojawia się gdzieś to rozdzielenie na nacje. Wychodzący z piwnic, oprócz tego że wyglądają może trochę staroświecko i są, że tak powiem cieleśnie niekompletni, nie odstają zbytnio od "normalnych" ludzi. Chcą jeszcze doświadczyć czegoś przyjemnego, doznać czegoś co wywoła na ich twarzy uśmiech, wędrują do Arkadii, wzorem współczesnych, by odnaleźć tam jeszcze trochę szczęścia.

- Dorzuć pięć dych na prezent dla ślepego.
- Jakiego ślepego?
- Nie pamiętasz? Poznaliście się, jak byłeś u nas pod ziemią. To mój dziadek.
- To nieładnie mówić ślepy. Mówi się niewidomy. Co mu chcesz kupić?
- Daj mu to. – Jednooki Aron wykrzywiony w prawie uśmiechu podtykał mu zestaw piłeczek pingpongowych, wyjął jedną dla demonstracji i zamontował sobie w pustym oczodole. – Jak wyglądam?
Szymek zarechotał i pokazał Aronowi w szklanym blacie stolika jego odbicie, grymas Arona zamienił się w prawdziwy śmiech. Stali i rechotali jak dwa zwykłe szczawie. KOjciec nerwowo zaczął się rozglądać za Rejczel.
-Ona musi to zobaczyć, nie wiecie, gdzie jest moja córka?
- Tu jestem. – Okazało się, że stoi tuż za nim. – Ale wcale mnie to nie śmieszy. Zachowujecie się jak idioci.
- Dawno nie widziałem takich uchachanych gości, dlaczego oni nie znikają ani nic? Myślałem, że jak śmiech, to można odejść.
- Każdy tu jest z innego powodu – wyjaśnił KO.
- Mam! – powiedziałem głośno, trochę się bałem kontynuować na głos tę swoją myśl genialną, która mi przyszła do głowy zaraz po użyciu słowa „uchachani”. – Wie pan, kapitanie, są takie papierosy… właściwie skręty, niestety nielegalne, gdyby pan zrobił odstępstwo i pozwolił Rejczel…
-Oszalałeś chyba – przerwała mi Chirico. – A jeśli ona złapie doła, co zrobisz?
- I tak ma doła, może warto zaryzykować – powiedziałem i na tym zakończyłem wątek, bo Kapitan Ojciec patrzył na mnie, jakby miał się zaraz zamienić w wielki pistolet Vis wymierzony w moją durną głowę, która, przyznajmy to, sama tęskniła za jakimś przyjaznym splifem. Zmieniłem temat.
- No to co chcesz kupić dziadkowi, Szymek?
- Takiego pluszowego kotka – krztusił się, walcząc z napadem głupawki. Miał prawdziwego, ale zostało już z niego parę kostek i kłaczków.
Wyjąłem i podałem mu pięćdziesiąt złotych.
- Nie mam więcej! – uprzedziłem pomysły pozostałych – Nie dam już dziś nikomu ani złotówki.
[str. 157 - 159]

Nie za bardzo się od nas różnią, ale jak widać, musimy jednak mieć kogoś, kto chociażby przez jedną małą cechę będzie odstawał od większości, czy to będzie Żyd czy homoseksualista, byleby tylko skierować gdzieś ujście swoich negatywnych emocji i kompleksów. Autor ukazując przemianę głównego bohatera i kontrastując to z jego przeciwnikami osiągającymi coraz to wyższe poziomy zła, z dużą dozą inteligentnego humoru i autoironii piętnuje nas za życiową pustkę, próżność, bezmyślny pęd za przyjemnościami i brak empatii. Pokazuje jednak, że nawet w takiej pozytywnej przemianie, rodzącym się na nowo człowieczeństwie musi być rozsądek. Żadna skrajność nie jest dobra, nawet wielkie uwielbienie Żydów musi mieć swoje granice, by nie popaść w szaleństwo. 

Na początku miałam z tej książki niesamowity ubaw, wpadałam wręcz w bajoro dzikiego rechotu i sądziłam, że całościowo będzie utrzymana w tonie lekkim, trochę oderwanym od rzeczywistości. Tym bardziej pozytywne moje zdziwienie, że im dalej w las, tym więcej w tym refleksji. Polecam! 

sobota, 2 czerwca 2012

Grimm


Seriale, ach seriale. Od groma ich, do wyboru do koloru. Przez ostatnie pół roku skupiałam się tylko na tradycyjnym zestawie, według którego typowy no-life mógłby ustawić sobie całkiem ciekawe życie. Aż tu nagle, wiedziona wzrastającą posuchą – część zestawu skończyła aktualne sezony - skusiłam się na propozycję siostry (dawcy dobrego stuffu) i zajęłam się wynalazkiem zwanym Grimm.

Pokrótce o fabule. Współczesny policjant z Portland pewnego dnia zauważa, że niektórzy ludzie przez kilka sekund przechodzą przeobrażenie i wyglądają zupełnie inaczej niż powinni. A to blond piękność wykrzywi swe piękne usteczka w grymasie rodem z najgorszym horrorów, a to koleś wyglądający na najlepszego kumpla z sąsiedztwa, nagle zacznie przypominać wilkołaka. Takie tam szmery bajery. Okazuje się, że nasz bohater jest swego rodzaju de czołzen łan - potomkiem sławetnych Grimmów, którzy walczą z potworami lubiącymi uprzykrzać normalnym ludziom życie odgryzając im rączki, nóżki itp. 
Fabuła prawie każdego odcinka zbudowana jest na podobnym schemacie, zwykle na początku widzimy kto popełnia zbrodnię, a dalej śledzimy tok rozwiązywania zagadki. Można by przypuszczać, że taka oś fabuły może się łatwo znudzić, ale przedstawiane postaci są różnorodne, a wszystkie zabiegi towarzyszące ( np. dobór scenografii) uzupełniają obraz przedstawianych bohaterów, tworząc spójną całość. Dodatkowo w zamkniętej fabule odcinka, przeplatają się także elementy, które odnoszą się do szerszego wątku związanego z Grimmem, jego przeznaczeniem i niejednoznacznymi bohaterami towarzyszącymi. Muzyka trzyma w napięciu, jest mrocznie, pojawiają się sceny, które mogą wstrząsnąć największymi wielbicielami oblechy, czasem można się też porządnie pośmiać z niezłych dialogów. Ponadto przedstawiane historie nie są tak bardzo oderwane od rzeczywistości. Chwilami można wręcz zacząć się zastanawiać, czy za całe zło naszego świata nie mogłyby być odpowiedzialne takie kreatury. Jedyne co na minus, to że zwłaszcza na początku, dialogi i sytuacje trochę ciągną banałami. Pojawia się też na przestrzeni całego serialu trochę zbyt dużo nużących powtórzeń, typu ujęcia szafy wypełnionej zabawkami do pieszczenia potworów, czy komentarze i reakcje na coraz nowsze stwory.  
Bajka to, ale niesamowicie wciąga. Przyczepia się też do człowieka do tego stopnia, że po wsączeniu całego sezonu, zaczęłam obawiać się patrzenia na innych ludzi, bo co poniektórzy wyglądali tak, jakby za chwilę mieli przemienić się w coś co z chęcią mogłoby mnie pożreć. I zachęca też do sięgnięcia po baśnie braci Grimm J Polecam!



środa, 4 kwietnia 2012

Dzikie zwierzaki

W ramach nocnych romansów z reklamą, wymieniałyśmy z siostrą najlepsze linki. I wpadło także to, nie sposób się nie podzielić :).

Uwaga tu można się naprawdę wzruszyć!



Królowie absurdu. Imagine, cats with thumbs.. Przerażająca wizja, nieprawdaż? ;)


sobota, 24 marca 2012

Beamvertising, czyli laserem po ścianie.

Dziś znów miałam okazję zachwycić się tą formą reklamy. Trafiłam na opis kampanii dla marki Cropp, skupiającej się w bardzo dużej mierze na beamverstingu. U nas w kraju reklamy ambientowe nie są zbyt częstym zjawiskiem, a te wykorzystujące beamvertising to już w ogóle można policzyć na palcach jednej ręki. 
Ale może od początku, czyli cóż kryje się za tym dziwnym słowem. Zdawałoby się, że to jakiś nowy, skomplikowany wymysł reklamowy, a chodzi tu po prostu o wyświetlanie filmów/animacji na ścianach budynków. Nie trzeba jakiś skomplikowanych działań, wielkich kosztów, wystarczy tylko projektor, animacja i widzowie. Tak mało środków, a ileż uciechy. Nie miałam okazji być świadkiem takiej reklamy, ale jestem pewna, że gdyby tak się zdarzyło, to na pewno zainteresowałabym się promowaną marką. Ciężko przejść obojętnym wobec takiej formy reklamy. Dlatego beamversiting jest dobrym sposobem budowania relacji z konsumentem. Minusem mógłby wydawać się lokalny zasięg takiej kampanii, ale biorąc pod uwagę niskie nakłady finansowe i fakt, że w dobie rozkwitu serwisów społecznościowych wieść o takich akcjach może roznieść się z prędkością błyskawicy, beamvertising wydaje się być naprawdę dobrym narzędziem i może świetnie funkcjonować jako uzupełnienie wielokanałowych kampanii.

Z ciekawostek. 
Pierwszy raz wykorzystano statyczną formę beamvertisingu w 1999 r. na Pałacu Westminster w Londynie. Wyświetlono zdjęcie nagiej aktorki promującej magazyn FHM publikujący ranking najseksowniejszych kobiet na świecie.
Jedna z ciekawszych. Dynamiczna, kolorowa reklama filmu Wojownicze Żółwie Ninja w Sao Paulo.


Mityczne stwory – jednorożce, syreny i inne, biegające po budynkach w Chicago, reklamujące nową wystawę w The Field Museum w Chicago. Nota bene, dla tego muzeum powstało jeszcze sporo innych ciekawych kampanii. Do obejrzenia tu

Uciekające białe króliki jako wsparcie rewelacyjnej, klimatycznej kampanii dla serialu Alicja w Krainie Czarów na kanale Syfy. Całościowo cudeńko. Do poczytania i pooglądania o całej kampanii tu, warto. 



W Polsce było kilka prób wykorzystania beamversitingu, ale kampanii agencji G7 dla Croppa udało się wzbudzić mój wielki podziw. Oprócz tego, że zdecydowali się na to ciekawe narzędzie, to wykorzystali  jeszcze krótkie formy w ciekawych, trochę prowokujących miejscach – gra w ping-ponga w Sejmie,  ciuchy przesuwające się po ścianach Pałacu Prezydenckiego. Stworzyli także coś naprawdę wyjątkowego. Zrobili serial, którego kolejne odcinki były wyświetlane na budynkach w różnych miastach kraju. Co do fabuły, też zachęcająco :D. Serial "The Pig Doctor" opowiadał o szalonym naukowcu, który stworzył ogromną świnię atakującą miasta i ich biednych mieszkańców. Poza tym postawili też na interaktywny beamversiting, tzn. każdy mógł pomazać sobie specjalnym laserem po Pałacu Kultury ;D (Więcej w wideo). Trzeba wspomnieć, że ta kampania oprócz oczywistych celów typu zwiększenie sprzedaży starała się przekonać ludzi do sztuki ulicznej, sprawić by nie sądzili, że graffiti to wandalizm, dodatkowo zachęcając przy tym do kreatywnych działań.


czwartek, 22 marca 2012

Stuhr i jego szaleństwa


Kilka dni temu wręczono polskie odpowiedniki Oskarów, czyli Orły. Nagrody te nigdy nie wzbudzały we mnie szczególnego zainteresowania, bo zwykle ze względu na niezbyt wielką ilość dobrych filmów, można było bez cienia wątpliwości wskazać zwycięzców statuetek. Tym razem było jednak trochę napięcia, bo gra toczyła się między niezłymi filmami. Ucieszyły mnie informacje, że "Róży" Smarzowskiego udało się pokonać "W ciemności", bo co prawda oba filmy są bardzo dobre, ale film Holland żeruje trochę na utartych i wielokrotnie wykorzystywanych motywach, a "Róża" mimo z pozoru zbliżonej tematyki, rodzi o wiele więcej innych emocji i głębszych przemyśleń. Pozostawię jednak filmy, bo o "W ciemności" już pisałam, a "Róży" należy się oddzielny post. Chcę za to wspomnieć o dużym zaskoczeniu jakie wywołał we mnie prowadzący uroczystość – Maciej Stuhr, w swoich krótkich parodiach przygotowanych na potrzeby gali. Nie miałam pojęcia, że coś takiego u nas powstaje. Oczywiście pachnie to amerykańskim odpowiednikiem i fakt ten może jakoś specjalnie nie zachęca, ale w trakcie oglądania filmików na mojej twarzy kilkakrotnie pojawił się szeroki uśmiech. Poza tym mam słabość do krótkich form i młodego Stuhra :D. Tak więc, w tym przypadku moje serduszko wybaczyło miłość do wszystkiego co amerykańskie ;)

Konkrety:
O nominacjach z 2010 r. Całościowo wypada średnio, ale sceny z filmu "Rewers" z Jandą, niezłe. A aktorka przynajmniej mogła się przekonać, czy ma do siebie dużo dystansu :D



Z ostatniej gali
Z Więckiewiczem, gdzie Stuhr sprzedaje jednak małego pstryczka w nos naszej wielkiej gonitwie po uznanie w postaci Oskarów:


 
I z Sali samobójców, w której Maciuś bezczelnie igra ze "szczylem co sobie zagrał z komputerem w filmie”:



wtorek, 28 lutego 2012

Perwersyjny Głód


Danio miewało w swojej historii lepsze i gorsze reklamy, zawsze było widać duże staranie o konsumenta, częste odwoływanie się do różnych ikon popkultury, niekiedy dość zaskakujące pomysły i zgrabne realizacje. Jednak największy aplauz należy się za stworzenie virali (w tym przypadku alternatywnych wersji normalnych telewizyjnych spotów) z brand hero marki, czyli Małym Głodem. Dlaczego? To właśnie reklamy z Głodem były jednymi z pierwszych polskich szerzej rozpowszechnionych wirusowych reklam. Poza tym, co u nas niezbyt częste, oparły się na bezwstydnej, wielce dwuznacznej, ale przy tym niesamowicie zabawnej komunikacji. Piszę o tym teraz, bo niedawno pojawiła się nowa odsłona wiralnych przygód Głoda, który oglądany z perspektywy seksualnej, nabiera wyjątkowego wymiaru obleśności. Chociaż wirale nie odnoszą się do głównych założeń strategii reklamowej ‘normalnych’ reklam Danio, tylko skupiają się na aluzjach i zabawie, okazały się być bardzo dobrym narzędziem do budowania świadomości marki i zwiększania sympatii do Głodka (mimo, że w niektórych reklamach naprawdę straszna z niego świnia ;)). Kreacja Głodka podrywacza jest trochę odrażająca, a moje kobiece uczucia trochę zranione (w końcu nie tylko pilot czy bryka są najważniejsze :P), ale nie zmienia to faktu, że reklamy niesamowicie mnie zaskoczyły i naprawdę setnie ubawiły.

Konkrety:
1. Z Głodem w swojej najbardziej bezczelnej odsłonie, wielce igrającej z kobiecymi uczuciami ;) The best of :)



2. W nieco łagodniejszym wydaniu, z Głodem przeżywającym sporą niespodziankę ;)


3. Najnowsza, z Głodem bożyszczem kobiet, królem kiczu i wiejskich dyskotek, a także wielkim wielbicielem odświeżaczy samochodowych. Właściwie prędzej mogłaby to być reklama tych ostatnich, niż samego serka. W końcu na coś te laseczki muszą lecieć, a jedyne co przychodzi mi do głowy, to tylko magiczne działanie tej wielce efektywnej choineczki ;)



Pierwsze virale i normalne spoty powstały dzięki agencji Young & Rubicam (trochę więcej szczegółów na tej stronie), w sieci zostały rozpowszechnione dzięki agencjom Heureka (1 i 2) i MediaCom (3).

Z mniej perwesyjnych kampanii związanych z Danio warto wspomnieć o Inwazji Małego Głoda, w której zdarzenia w internecie przeplały się z działaniami w świecie rzeczywistym. Serki Danio z dołączonymi do opakowań maskotkami, przedstawiane były jako armia klonów, które krok po kroku chciały przejąć cały kraj. Mały Głód został wypromowany jako bezwzględny dyktaktor, dowódca swej armii. Wciągające w akcję wskazówki dla internatów, można było znaleźć na różnych portalach społecznościowych, a konsumenci wykupąjący maskotki (powodując tym samych zwiększenie sprzedaży) mieli zapobiec inwazji. Kampania zrealizowana przez grupę Heureka, wyjątkowo spodobała się zarówno internautom, jak i specjalistom od reklamy. 

piątek, 17 lutego 2012

True love

Siostra przypomniała, tak więc jest. Najbardziej wzruszająca historia o miłości.. z dramatem w tle ;P. Nie ma to jak dobry pomysł na reklamę :)


środa, 8 lutego 2012

Hardkor 44

W ostatnich dniach pojawiła się w sprzedaży reedycja Powstania Warszawskiego autorstwa Lao Che* i przypomniał mi się projekt wspominanego już przeze mnie Platige Image, zwany roboczo "Hardkor 44". Pierwsze info w tym temacie pojawiło się w 2009 r. Na konferencji prasowej przedstawiono pierwszy zarys scenariusza i koncepty graficzne (więcej można znaleźć na stronie). 



Kolejne informacje o produkcji pojawiły się niestety dopiero ponad pół roku temu - ponoć Bagiński ukończył ostateczną wersję scenariusza. Wstępnie premiera planowana była na rok 2012, ale zważywszy na ilość czasu która upłynęła od pierwszych newsów i szacowane wstępnie koszty produkcji (kilka mln dolarów), termin pewnie może się trochę przesunąć. Mam jednak nadzieję, że ostatecznie uda się go zrealizować, mimo wiecznych problemów z finansami w przemyśle filmowym (póki co ponoć wsparcie gwarantują Muzeum Powstania Warszawskiego i Ministerstwo Kultury). Naprawdę byłoby szkoda, gdyby ten projekt przepadł, bo koncepty są rewelacyjne. Utrzymane w klimacie sci-fi, cyberpunkowe grafiki zapierają dech w piersiach, nie tylko dlatego że są dobre, ale też dlatego, że nawiązują do powstania w zupełnie nowatorski sposób. W informacji prasowej na temat projektu możemy znaleźć:

Jakub Jabłoński, art director:
HARDKOR 44” to specyficzny popkulturowy melanż. Mieszając naszą własną historię ze stylistyką mocnego komiksu, posypując szczyptą wizji znanych z nowoczesnych gier komputerowych i wkładając do garnka zwanego filmem akcji chcemy ugotować bohaterski mit. Mit o Powstaniu Warszawskim, jakiego jeszcze nie było, taki, który zawładnie wyobraźnią widzów nie tylko w kraju i sprowokuje do własnych historycznych poszukiwań.

Już widzę, jak wielkie larum powstanie, gdy ten projekt faktycznie dojdzie do skutku. PW jako tło, powstanie w sensie mitologicznym, kino akcji (w stylu "300" i "Sin City"), latające czołgi, nawalanka. Chyba każdy przyzna, że brzmi to kontrowersyjnie i pewnie wielu będzie narzekało, ale to co zapowiadają twórcy wydaje się być ciekawym i potrzebnym spojrzeniem na tę tematykę. W pełni zgadzam się ze zdaniem Bagińskiego**, że ilość martyrologii w naszym kinie jest wystarczająca i czas na trochę gloryfikacji powstańców w innym klimacie. Poza tym autorzy już teraz zaznaczają, że w ich filmie znajdzie się także miejsce na szacunek dla patriotów, który ginęli w imię ojczyzny. Oprócz czystej rozrywki, to tak czy inaczej nadal daje po prostu większe możliwości na zainteresowania tematem szerszego grona osób. Mnie temat PW też nie wciągnął przez lekcje historii, a właśnie przez jeden z pierwszych nowatorskich projektów tyczący się tej tematyki, czyli płytę Lao Che.  
Swoja drogą ostatnimi czasy powstało kilka ciekawych kampanii związanych z PW tworzonych na zlecenie Muzeum Powstania Warszawskiego, projekt "Kumpel z przeszłości" (autorstwa agencji San Marcos i On Board PR Ecco Network), w którym wykorzystano social media, by dotrzeć do młodej grupy docelowej. Na FB stworzono fikcyjne profile pary powstańców, na których wykreowano wirtualny dziennik opowiadający o ich przeżyciach. Internauci podchwycili pomysł z wielkim zaangażowaniem. Dodatkową atrakcją były interaktywne elementy towarzyszące - np. akcja "Zrzuty" polegająca na tym, że przy wykorzystaniu wskazówek zawartych na profilu bohaterki - Sosny trzeba było znaleźć miejsca zrzutów alianckich w różnych zakątkach Warszawy. Ciekawą opcję przygotowała także agencja Adv.pl. Stworzono smartfonową aplikację wykorzystująca technologię Augmented Reality, dzięki której można oglądać jak wyglądały w czasie powstania zwiedzane przez użytkowników miejsca.  

* A właśnie, jeśli ktoś miałby kłopot z pomysłem na prezent dla mnie, to nie pogniewam się za reedycję ;P
** Wywiad z Bagińskim dostępny tu.

piątek, 20 stycznia 2012

Volkswagen vs Star Wars

O pierwszym spocie miałam pisać w temacie virali roku 2011, ale jakoś tak się zbierałam i zbierałam, a w sieci pojawiła się w między czasie kolejna z serii reklam, w których romansują dwie znane marki. No i nie mogłam się powstrzymać. Ta kreacja może nie jest tak zabawna, jak chłopiec który w końcu utwierdza się w przekonaniu, że faktycznie jest po ciemnej stronie mocy, ale jednak rozbraja. Pełnia podziwu za pomysłowość i realizację.

Wcześniejszy:




Ostatni:


Mój ulubieniec ryczy jak Chewbacca ;)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

W ciemności

O nowym filmie A. Holland pewnie słyszeli już prawie wszyscy. Premiera u nas odbyła się kilka dni temu, jednak o filmie było już głośno od jakiegoś czasu, ponieważ w Stanach premiera miała miejsce 4 miesiące temu (dzięki temu mógł się także stać naszym kandydatem do tegorocznych Oskarów). Tak więc, wszystkie pozytywne recenzje są w pełni uzasadnione. Film jest po prostu świetny. Już sama historia (autentyczna!) daje podstawę do stworzenia dobrego obrazu, ale realizacja i kreacje to majstersztyk. Wielka chwała dla Holland za to, że tak nalegała, by każdy z bohaterów mówił swoim prawdziwym językiem - słyszmy: jidysz, lwowski, niemiecki. Pomijając już oczywistą śmieszność "Niemców” mówiących po polsku (czy tam angielsku), której udało się uniknąć, realizm bardzo wspomogło użycie gwary i zaśpiewu lwowskiego. Ponadto dbałość o szczegóły, scenografia i charakteryzacja sprawiają, że akcja naprawdę wciąga. Dodatkowo, jak już chyba każdy słyszał, fantastyczna rola Więckiewicza, który niesamowicie wiarygodnie pokazał rozgrywającą się w nim przemianę. Są dwie sceny (gdy Socha stoi przy szubienicy i przedziera się przez kanał z Borntikiem), w których emocje bohatera są tak silnie i prawdziwie, że aż porażają. Nie sposób nie zacząć zastanawiać się, jak ciężkie musiały to być przeżycia. Plusem wzmagającym wiarygodność jest też to, że brak w filmie uproszczeń, ciężko o jednoznaczne postaci, widzimy ludzi różnych kultur i narodowości, którzy podejmują zarówno dobre, jak i złe decyzje, wynikające z bardzo różnych pobudek.  

Dobrze, że powstają jeszcze u nas filmy, które potrafią przyciągnąć cała salę, intensywnie angażujących się w akcję widzów. Przy takiej widowni, można przymknąć oko na minusy multipleksów. Praktycznie nie odczuwałam tłumu (nie przeszkadzało mi nawet siedzenie na schodach), ponieważ skupienie wszystkich zdawało się sięgać zenitu. Nieliczni, którzy mieli pop-corn albo powstrzymali się od ciamkania, albo przytłoczeniu atmosferą tego wszystkiego starali się robić to jak najciszej ;). Chwilami czułam jakbyśmy wszyscy byli jedną tkanką, targaną uczuciami, które przeżywali także bohaterowie na ekranie. Jednak, żeby nie było zbyt patetycznie, przyznam się, że parsknęło mi się śmiechem, gdy obok usłyszałam komentarz na temat niekoszerności szczurów. Daleko mi do antysemickiej postawy, czy ubawu z takowych żartów, wszystko w granicach dobrego smaku, jednak zaistniała reakcja rozładowująca napięcie. Swoją drogą, dobrze że w filmie znalazła się także scena, gdy bohaterowie świętując w kanale Chanukę(?), zanoszą się śmiechem.

Naprawdę cieszę się, że powstał ten film, czekam też z niecierpliwością na Różę Smarzowskiego, którą niestety przegapiłam WFFie. Jednak nadal gryzie mnie trochę żal, że nie powstaje w naszej kinematografii więcej dobrych filmów o współczesności.

Co wrażliwszym polecam także zaopatrzenie się w pakę chusteczek i ewentualnie dla kobietek, nałożenie super wodoodpornego tuszu. Ja złamałam się na tym fragmencie. 



Dodatkowo polecam ciekawe materiały o filmie na filmwebie i wywiad z dziewczynką w zielonym sweterku, czyli autorką wspomnień o ukazanych wydarzeniach. 

środa, 4 stycznia 2012

Touch of evil

W grudniu The New York Times poczęstował nas małym zbiorem krótkich filmików Alex’a Prager’a zatytułowanym "Touch of evil”. Czyli to co tygrysy lubią najbardziej – podłe i pokręcone, ale jakże pociągające czarne charaktery. Znane gwiazdy zagrały w krótkich epizodach kultowych bohaterów filmowych (przyznam ze wstydem, że rozpoznałam bardzo mało – można policzyć na palcach jednej ręki), zwanych ładnie po angielsku „villains”. Niektóre lepsze, inne gorsze, ale wszystkie nieodmiennie z doskonałą charakteryzacją i kostiumami (scenografia bardzo minimalistyczna, ale jeśli już jest, to rewelacyjnie wpisująca się w klimat). Moje perełki, pierwsza – szalejąca w przestrzeniach własnego umysłu Mia Wasikowskia, w odniesieniu do jednego z lepszych horrorów – Lśnienia w reżyserii Kubricka (przy okazji grzebania do postu, dowiedziałam się, że w filmie wykorzystano muzykę Pendereckiego!). Powolne ujęcia, trzymająca w napięciu i zmieniająca się wraz z nastrojem bohaterki muzyka, sprawiają, że chciałoby się widzieć więcej.  Zaniepokoił mnie też trochę fakt, że zwróciłam na tę wariatkę największą uwagę, czując gdzieś tam jakiś pierwiastek podobieństwa. Bieganie z siekierą i wyrzynanie ludzi jakoś jednak mnie nie kusi, na skraju załamania za często nie bywam, uczucia do siebie utrzymuję raczej na pozytywnym poziomie, więc może ta bliskość, to tylko nawiązanie do występujących czasem huśtawek nastroju? ;D Miejmy nadzieję, że chodzi tylko o to małe niebezpieczeństwo. ;) 
Druga perełka - bezuczuciowa Rooney Mara w nawiązaniu do Mechanicznej Pomarańczy, też Kubricka. Jest na tyle przekonująca, że przechodzą ciarki na myśl o tym, co mogła jeszcze zrobić (oprócz picia mleka nafaszerowanego żyletkami, bo to pewne!), zanim spokojnie położyła się do łóżka.


Wszystkie filmiki tu (fota też z tej strony). I jeszcze więcej do poczytania o tworzeniu i inspiracjach.