Jedno z dwóch wydarzeń, na które niecierpliwie czekam przez
cały rok. Festiwal, który przez lata zmieniał swe nazwy, ale niezmiennie
przynosił mi mnóstwo pozytywnych emocji. Nie tylko filmowych ;) Nigdy nie darzyłam wielką miłością uwielbianego przez wielu miasteczka, którym jest Kazimierz Dolny. Jednak ten jeden festiwalowy tydzień w roku jest
tygodniem erupcji uczuć do tej mieściny. Już nie przeszkadzają te wielkie ilości ludzi błąkające się po
każdym zakamarku miasteczka. Te slalomy, by nie wpaść na kogoś z watą cukrową,
czy ociekającym czekoladą gofrem. Nie irytuje już nawet odganianie napastliwych
cyganek, które gotowe są gonić upatrzonego delikwenta przez cały rynek. W końcu
wiadomo, że nie można uciekać od przeznaczenia ;)
A dlaczego ten tydzień jest tak szczególny? Ponieważ w dzień w
Kazimierzu istnieje inna jednostka czasowa - seans. Nawet posiłki dostosowuje
się pod seanse. Bo cóż tam obiad, gdy w namiocie akurat jest coś ciekawego. Wieczorem
ta jednostka czasowa wzbogaca się zwykle o podjednostkę zwaną piwem. Seans wieczorami zamienia się czasami
także w spektakl, koncert albo imprezę ze znajomymi. Wszystko, w poczuciu wielkiej wolności. Bez dbałości o to, czy najbliższą noc spędzi się w domu, nad Wisłą w
oczekiwaniu na wschód słońca, czy może w lekko zapomnianym pokoiku nad
kazimierską knajpą. Ważne, żeby nie przegapić następnego dnia zbyt wielu
filmów. Nieistotne w jakich warunkach, czy to na niewygodnym rynkowym bruku, czy na schodach w wypchanej po brzegi sali, ale liczy się to, by chłonąć wszystkie, czasem nawet bardzo skrajne emocje filmowe i
atmosferę artystycznego Kazimierza, pełnego żyjących w trochę innym świecie
ludzi.
Koniec z sentymentalnymi poematami na temat tego zjawiska. Trochę konkretów o tym co było na festiwalu w tym roku. Programowo niestety bez
wielkich rewelacji. Retrospektywa Koterskiego była dobrym pomysłem. Bardzo
cenię reżysera, ale większość jego filmów już widziałam, więc wielkich ochów i
achów nie było. Co do retrospektywy Fridrika Thor Fridriksonna muszę przyznać,
że nawet spróbowałam. Akurat wybrałam jedną z ostatnich propozycji i jakoś nie
żałuję, że przegapiłam wcześniejsze. Udało mi się wysiedzieć na jego filmie
całe 10 minut. Nie to, że wszystkie od razu muszą być takie same, ale fakt, że
trafiłam na godzinny film, w którym pokazywane są ujęcia z kamery zamontowanej
na masce samochodu jadącego przez Islandię, jakoś tak nie bardzo przekonał do
bliższego zapoznania z resztą. Blok Ekspresjonizm niemiecki może i skusiłby
mnie którąś z pozycji, ale 10 rano, to jednak trochę nieludzka godzina ;). A cyfrowe
rekonstrukcje hitów typu Koziołek Matołek, czy spektakle teatru telewizji,
można sobie obejrzeć na własnym ekranie telewizora. Ponadto patrząc na samą
ulotkę programową można było dostrzec ewidentne dziury, w których dla zmyły
zostały umieszczone festiwalowe muchy. Poza tym kilka odwołanych spotkań, czy
jakieś filmy, które już były w ubiegłorocznym programie. Przerobiony z tamtego
roku zwiastun festiwalowy, Głos Dwubrzeża, który zaczął wychodzić z
opóźnieniem, brak seansów na Kazimierskim zamku, czy w barze Amfibia. Niestety
nie da się ukryć, że ziało trochę brakiem funduszy i problemami
organizacyjnymi. Pewnie miało to trochę wspólnego z tym, że Puławy wypadły w
tym roku z organizacji festiwalu. Szkoda, szkoda, bo to był plus dla mojego
kochanego miasta i dla samego festiwalu. Zabrakło mi też w tym roku większego
wsparcia dla inicjatywy Krótkie do kin. Był co prawda coroczny blok krótkich
metraży, ale tylko przed pojedynczymi seansami (głównie darmowymi na małym
Rynku) można było zobaczyć coś krótkiego (pomijam dziwne filmy, które brały
udział w konkursie PGE).
Mimo tegorocznych niedogodności udało się trafić na kilka
dobrych seansów, na niektóre już zgodnie z tradycją zupełnym przypadkiem. Swoją
drogą, zaczęła się też tworzyć nowa tradycja, że oprócz przypadkowych dobrych
filmów, trafiam co roku na przynajmniej jedno tzw. nieporozumienie. Czy to film
o ludziach idących 1,5h przez pustynię, bohaterki walczące przez 10 min z
wiatrem hulającym na plaży, czy może wspomniany wyżej film o długiej, ale to
naprawdę bardzo długiej podróży przez Islandię. Zawsze musi być takie coś! Tak
więc z tych dobrych przypadków udało mi się trafić na film "Parada" reż. Sdrjana
Dragojevica. Opowiada on o ciężkiej sytuacji gejów w Serbii i wykorzystując w
zabawny sposób stereotypowe homofobiczne lęki pokazuje, że nawet "prawdziwy”,
napakowany testosteronem mężczyzna może zaakceptować takie odrębności. Szkoda,
że u nas nikt nie robi takich zabawnych filmów na poważne tematy. W tej ładnej
opowieści o tolerancji jest miejsce na naprawdę solidną dawkę śmiechu - dostaje
się tu nie tylko relacjom homoseksualnym, ale pod nóż idą także heteroseksualne
związki i mnóstwo innych stereotypów. Jest jednak także miejsce na chwilę
refleksji, bo przedstawiane realia z jakimi muszą się zmierzać serbscy geje są
naprawdę niewesołe.
Warto też zobaczyć dokument "Wirtualna Wojna" w reż. Jacka Bławuta.
Film opowiada o grupie zapaleńców grających w symulatory myśliwców w realiach II
wojny światowej. Poważne patriotyczne wstawki, wiecznie obecne narodowe
animozje i przy tym naprawdę spora dawka śmiechu związana z tym, jak gracze
przeżywają swoją grę i jak reagują na to ich rodziny. Mamy w tym filmie spojrzenie
naprawdę z wielu stron, bo bohaterowie są z Rosji, Stanów Zjednoczonych,
Niemiec i oczywiście Polski – co ważne możemy obejrzeć zarówno prawdziwych
Polaków, jak i wyklętych Volksdeutschów, latających w niemieckich barwach. Co
ciekawe akcja filmu obraca się wokół konkretnej misji mającej oddać hołd
jednemu z lotników, który faktycznie uczestniczył kiedyś w walkach i by móc
nakręcić bohaterów ze wszystkich stron świata zdjęcia powstawały przez 7 lat, a
owa misja powtarzana była po kilka razy. Ciekawa opowieść przeplatana jest
zdjęciami z rozgrywającej się misji, co pozwala przynajmniej po części zrozumieć
fascynację ową grą. Film może trafi do dystrybucji kinowej, więc polecam
śledzić repertuary i w razie czego iść, koniecznie!
Na koniec jeszcze mały sentyment - animacja, która jakiś czas temu związała się z festiwalem. Kto bywał, wie o co chodzi.


