Mój pierwszy i jakże szczęśliwy (nieograniczoność wyboru to prawdziwe błogosławieństwo!) WFF dobiegł końca. Może bez wielkiej ilości doskonałych filmowych uniesień, ale na szczęście z jakimiś emocjami. Dostarczyła ich przede wszystkim Druga Ziemia, czyli romans sf. Gatunkowo raczej odstrasza i przyznam, że trochę się wahałam, czy na to pójść, poświęciłam nawet w tym celu inny film. Tym większa była jednak moja radość, gdy seans dobiegł końca. Bo Druga Ziemia może i jest chwilami przewidywalnym romansidłem z ciekawie nakreślonym tłem (oscylującym w szeroko ostatnio rozwijanej tematyce końca świata), ale gra aktorska, muzyka i rewelacyjne zimne, urywane ujęcia sprawiają, że emocje z ekranu przepełzają z taką intensywnością, że chwilami nie wiedziałam, czy zniosą dalsze oglądanie. I trudno, że niektórzy posądzają go o wtórność, dla mnie to jeden z filmów, które prawdziwie wyrywają na chwilę z realnego życia i zmuszają do jakiegoś zastanowienia po seansie.
Jeśli chodzi o sam festiwal, to stwierdzam, że wybór filmów dość spory i interesujący, głównie z tego względu, że na część pozycji, trudno będzie trafić u nas gdziekolwiek indziej. Jednak skłaniam się ku mniejszym festiwalom, typu Dwa Brzegi, czy Akademia w Zwierzyńcu, w takich miejscach można poczuć się tak jakby dało się żyć tylko filmami, bez zgiełku miasta, bez ciamkania pop-cornem i innych rozpraszających elementów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz