29 WFF (kto nie wie z czym to się je, zapraszam do zajrzenia na ich stronę) co prawda już się skończył, ale wspomnienia jeszcze świeże. Jak to z festiwalami filmowymi bywa, ma swój własny klimat, który nie każdemu musi odpowiadać, ale jeśli chodzi o poziom repertuaru wypada całkiem nieźle. O pojedynczych filmach nie będę się rozwlekać, wpadną do jakiegoś oddzielnego posta, ale o ogólne refleksje się pokuszę.
- 59 krótkich + 8 fabuł - czyli średnio około 7h godzin dziennie w kinie łączy się z wszelakimi bólami ciała, a także lekkim pomieszaniem w umyśle. W pewnym momencie ciężko było przypomnieć sobie, co było pokazywane na początku obejrzanego przed chwilą bloku. Jednak część bólu została mi wynagrodzona, zwłaszcza sporą dawką śmiechu przy wielu filmach. Wskazówka na przyszłość - siadanie w pierwszym rzędzie na wszystkich seansach może chyba ostatecznie skutkować utratą wzroku, a poza tym można później trafić do różnych festiwalowych galerii, a wtedy trzeba być czujnym w czym i z czym się do tego kina przyszło ;)
- 59 krótkich + 8 fabuł - czyli średnio około 7h godzin dziennie w kinie łączy się z wszelakimi bólami ciała, a także lekkim pomieszaniem w umyśle. W pewnym momencie ciężko było przypomnieć sobie, co było pokazywane na początku obejrzanego przed chwilą bloku. Jednak część bólu została mi wynagrodzona, zwłaszcza sporą dawką śmiechu przy wielu filmach. Wskazówka na przyszłość - siadanie w pierwszym rzędzie na wszystkich seansach może chyba ostatecznie skutkować utratą wzroku, a poza tym można później trafić do różnych festiwalowych galerii, a wtedy trzeba być czujnym w czym i z czym się do tego kina przyszło ;)
- Udało mi się podsłuchać rozmowę "prawdziwego" kinomana, który wpędził mnie w kompleksy (nie jestem tak wielkim hardcorem). Pan chwalił się, że prawdziwy festiwal, to był kiedyś, jak oglądało się po 50 filmów. Podsunął mi także magiczne rozwiązanie (dla mnie bardzo ciężkiego) problemu, który rodzi się przy tak szerokich planach. Otóż: kanapki i termos z herbatą! Jakież proste, a chroni przed bankructwem i nadwagą związanym z szybkim, zapychającym żarciem, oby tylko zdążyć na film, bo przecież nie ma reklam i nie wpuszczą!
- Jeden przespany film. To zadziwiające, ale na wszystkich moich WFFach, musi zdarzyć się jedno takie cudo (zwykle z kategorii Wolny Duch ;)), które tworzy tak dobry senny klimat, że wysypiam się lepiej niż we własnych łóżku. Wskazówka na przyszłość - jeśli w krótkim opisie trafimy na słowa typu "piękne love story ukazane bez słów", nie myślmy, że ktoś silił się na metafory. Takich seansów lepiej unikać, chyba, że ktoś lubi 2-godzinne japońskie filmy bez dialogów albo akurat ma sporą potrzebę drzemki.
- Nie znam się na filmach. Obejrzałam cały zestaw krótkich metraży i ciężko pojąć mi werdykt Jury. Nagrodę dla filmu "Pandy" (reż. Matúš Vizár) jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo przynajmniej mnie mocno ubawiły, ale na pewno nie uważam ich za najlepszy film i nie widzę tam mrocznych i przerażających motywów, o których w swym uzasadnieniu pisało Jury. Jeśli komuś uda się gdzieś trafić w całości, polecam jednak obejrzeć, tu mały wstępniak. Druga nagroda dla krótkich metraży trafiła do filmu "Do Santiago" (reż. Mauro Carraro) opowiadającego o podróży do religijnego miejsca kultu. Dla mnie to niestety tylko ładnie zrobiony animowany film drogi, jak to w takich filmach drogi bywa trochę ziejących nudą. Nagrodę za aktorski film dostał "Fiord Wielorybów" (reź. Guðmundur Arnar Guðmundsson). Otrzymał ją za "..znakomitą filmową ekspresję ludzkich relacji, z ekstremalnie wnikliwą reżyserią i wybitnymi występami aktorów". Tak jak pisałam wcześniej, ewidentnie nie znam się, nie rozumiem (jeśli ktoś wytłumaczy mi co to jest ta ekstremalnie wnikliwa reżyseria, będę bardzo wdzięczna) i do tego najprawdopodobniej moja wrażliwość równa się zero. Więcej o zwycięzcach tutaj.
- Klub festiwalowy bez imprezy festiwalowej (najlepiej silent disco ;)), to jednak nie jest do końca klub festiwalowy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz