Przy pierwszym spojrzeniu na tegoroczną
gazetę festiwalową WFFu od razu wpadł mi w oko jeden film. Głównym
powodem było to, że zwierzaki (głównie koty) to temat nader mnie
fascynujący, a poza tym wiem, że po Amerykanach można spodziewać
się generalnie wszystkiego, a ich absurdalne pomysły, często
bywają dość zabawne. Jak się później okazało, nie zawiodłam
się :)
Dokument Furever (reż. Amy Finkel)
opowiada o więzi łączącej właścicieli z ich zwierzakami, o
rozwijającej się pozycji futrzaków w amerykańskiej rodzinie
(akurat ja też mówię do kota, jak do dziecka :P), a także o
sposobach radzenia sobie z żałobą związaną ze śmiercią
futrzaka i wszystkich możliwościach ich upamiętnienia dostępnych
w USA. Jako, że ludzie są bardzo pomysłowi, a rynek amerykański
jest w stanie wykorzystać naprawdę wszystko do wzbogacenia się
dostajemy cały wachlarz możliwości - od prostych nagrobków,
poprzez biżuterię z prochów, fajerwerki, aż po mumifikację i
liofilizację. Zwykłe wypychanie zwierząt naprawdę przy tym
wszystkim wymięka. A od kasy, którą Amerykanie wydają na swoje
zwierzęta, można naprawdę dostać zawrotu głowy.
Jeśli chodzi o bardziej techniczną
stronę, duże plusy za kompozycję tematu. Często w dokumentach
spotkałam się z tym, że na początku dostajemy dużo emocji, a
jakieś końcowe 20-30 min, to jest już tylko wałkowanie tego
samego co było wcześniej. W Furever wszystko jest stopniowane, od
bardzo „normalnych” możliwości (groby, kwiatki i takie tam)
uczczenia pamięci zwierząt, po maksymalny hardcore (typu
klonowanie), które dają też bardzo dużo tematów do rozważań.
Przedstawianie kolejnych opcji przeplatane jest historiami
właścicieli, którzy skorzystali z danej formy uczczenia pamięci
futrzaka, a także wypowiedziami różnego rodzaju specjalistów
związanych z tematem (od weterynarzy, poprzez psychologów,
socjologów, po osoby zajmujące się techniczną stroną tego
interesu). W filmie obok naprawdę poważnego spojrzenia na ten temat
(religia, żałoba itp.), obecne są bardzo lekkie nuty, które
sprawiają, że oglądało się go często z uśmiechem na ustach
(jak np. przy sprawie pozwu, który chciała wytoczyć jedna z
klientek firmie liofilizującej zwierzęta, za to, że przygotowany
stwór, nie posiadał tego samego błysku w oku, co jej żywy pupil).
Film został dostrzeżony na wielu festiwalach, więc moje zachwyty
nie są odosobnione. Gorąco polecam jeśli ktoś będzie miał
możliwość obejrzenia.
Tak z własnych refleksji, to po
seansie oczywiście zaczęłam zastanawiać co zrobiłabym z moim
diabolo. Na szczęście bestia nie potrafi czytać, więc mogę się
zwierzyć. Jeśli będzie mnie stać i pojawi się w Polsce taka
opcja, to myślę, że diament będzie godny :D Oczywiście w odpowiednim kolorze.

Ze strony LifeGEM, która robi diamenty ze szczątków ludzkich i zwierzęcych.
Gdzieś w międzyczasie, przy okazji Wszystkich Zmarłych wpadł mi w ręce artykuł na temat bytności w
sieci po naszej śmierci. Przy okazji pojawił się też temat
zwierząt. Jak się okazuję nawet u nas mamy wirtualny cmentarz z
możliwością postawienia nagrobka, znicza, kwiatków. Wszystko tak
jak normalnie ( i też kosztuje ;)). Z jednej strony rozumiem taką
potrzebę i nie mam nic przeciwko temu, ale z drugiej, gdy oglądam
ceny zniczy na takim cmentarzu, to dochodzę do wniosku, że jest to
trochę creepy – otóż za zapalenie znicza na 180 dni zapłacimy
19 PLN z VAT, a na całą wieczność tylko 49 PLN). Poza tym
trafiłam też jeszcze na specjalne urny na prochy, ale jak na razie
na tym kończą się nasze opcje. Ale kto wie, może kiedyś
dojdziemy do poziomu Amerykanów. Ewentualnie zawsze można
skorzystać z ich opcji, np. według cennika na stronie firmy zajmującej się liofilizacją ceny
rozpoczynają się od 375$. Z tym, że przesyłka z Polski, pewnie
trochę zwiększyłaby takie koszty ;)






