niedziela, 12 sierpnia 2012

YUMA, reż. Piotr Mularuk


Yuma miała ze mną to szczęście, że przyciągnęła mnie do siebie zupełnym przypadkiem. Ale przecież zbrodnią byłoby nie wykorzystać darmowej wejściówki na uroczysty pokaz z gwiazdami filmu :D.
Gdybym opierała się tylko na recenzjach, bądź samym zwiastunie (jego druga połowa stanowczo zniechęca, bo romans to, czy western?), to raczej nie miałabym szansy zapoznać się z tym filmem. A tak, to miałam przynajmniej 2 godziny jako takiej rozrywki.



Co nieco o fabule. Początek zmian gospodarczych w Polsce, 3 lata po upadku PRLu dobry, młody chłopaczek zaczyna być zmęczony marnym, biednym życiem w małym, przygranicznych miasteczku. Ulegając wielkiej fascynacji ociekającym luksusem zachodem, będąc dodatkowo pod natchnieniem westernowych historii zdobywa się na ryzykowny, ale jakże kuszący krok – pierwszą jumę. Zaczyna się bardzo niewinnie, a rozpętuje się ostre piekiełko.

Sam temat zarysowuje się dość ciekawie. Przemiana głównego bohatera i realia, w których osadzona została fabuła stwarzają sporo możliwości. YUMA wykorzystuje je niestety tylko połowicznie. To co zdaje się być głównym polem do popisu, zostaje zepchnięte na drugi plan. Nie widać niestety czy coś się w tym naszym dobrym, pięknym blond buntowniku dzieje. Mało jest takich scen, w które wplątane byłyby emocje towarzyszące działaniom głównego bohatera, a nawet jeśli się już pojawiają, to Zyga wypada w nich mdło. Mimo że Gierszał jest dobrym aktorem (ostatnio otrzymał nawet bardzo prestiżową nagrodę dla młodych europejskich aktorów - Shooting Star European Film Promotion), to mimo zwiastunowych zapewnień nie wypadł bardziej przekonująco niż w Sali samobójców. 
Drugi wątek historii wypada już na szczęście o wiele lepiej. Reżyserowi udaje się trafnie zobrazować polską mentalność. Dostajemy pstryczki w nos za odwieczną, nieuleczalną nienawiść do sąsiadów, a także za podwójną moralność – bo przecież Zyga nic nigdy nie ukradł, on tylko u Niemca jumał. Podoba mi się także użyta w filmie lekka dawka kiczu. Czytałam recenzję, w której ktoś strasznie zżymał się, że wszystko bryka tu w rytm tandety i disco polo. Czy jednak, aż tak bardzo odstawało to od tamtej rzeczywistości? Wydaje mi się, że nadal są małe miasteczka, w których nic się w tej materii nie zmieniło.
Nie może być jednak zbyt kolorowo. W końcu to tylko Polska, a nie dziki zachód ;) Postaci są trochę przerysowane, co w niektórych przypadkach wypada dobrze, podciągając się pod użytą formę kiczu. Czasem miałam jednak wrażenie, że wymknęło się to trochę spod kontroli i minęło z zamierzaniami reżyserskimi. Patrząc na niektórych bohaterów nie wiadomo było czy śmiać się, płakać, czy może gryźć fotel z zażenowania. Opat - grany przez Kota robi wielką krzywdę zarówno jemu i całemu filmowi. Nie dość, że zaczynam mieć wrażenie, że przyszedł jakiś sezon na Kota, to jeszcze zaczęłam obawiać się, że stała mu się jakaś krzywda. Może bawiąc się w parodiowanie Lindy, nie zdążył doprowadzić swej przemiany do końca i zastygł w połowie z dziwnym Lindo-podobnym grymasem na twarzy. Widziałam gdzieś opis filmu z komentarzem „Najbardziej demoniczna rola Tomasza Kota”. Dobre sobie.
Ponadto bohaterów i wątków jest trochę za dużo. Mamy tu wszystkich - stróża prawa, skorumpowanego urzędnika, złego bandytę, płaszczącą się zakochaną laseczkę i uwielbianą laseczkę, sympatycznego Niemca, którego nikt nie może zaakceptować i jeszcze całą gangsterską sieć powiązań. Do wyboru do koloru. Obecność większości wydaje się być uzasadniona i raczej dopełnia fabułę (no może oprócz złego Opata-Kota bo on jest po prostu absurdalnie śmieszny i żeby nie powiedzieć brzydko, totalnie do niczego nie podobny). Wydarzenia, które im towarzyszyły można było jednak ograniczyć i oszczędzić widzom trochę nudy. Mimo wszystko, powiewa tylko kilka razy. 
Jest też inny dość słaby punkt - scenografia. Chyba można było trochę bardziej się wysilić, by przybliżyć tamte realia. Markety, jumane rzeczy i inne bajery wyglądają jednak dość współcześnie.

Cieszy mnie, że powstają polskim głównym obiegu także filmy, które nie żerują na historycznych samograjach i próbują dotykać innych, ciekawych, bardziej współczesnych tematów. Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby w tym filmie więcej było zdecydowania na wciągający emocjonalnie temat, niż na przyjemną dla oka rozrywkę. Mały plusik jeszcze za to, że udało mi się kilka razy szczerze zaśmiać (o to na naszych ostatnich filmach naprawdę ciężko) – i od razu zaznaczam, nie były to tylko żarty bazujące na wulgaryzmach. Chociaż te także "musiały" się pojawić i nie wiedzieć czemu (naprawdę, nigdy nie potrafiłam pojąć tego fenomenu!) tradycyjnie wzbudzały wśród wielu salwy śmiechu.
Podsumowując, da się to obejrzeć, ale nie ma się co łudzić, że wyjdziemy z seansu z przeświadczeniem, że nasz świat stanął na głowie. Możemy zobaczyć, ucieszyć się, że jest jakaś nadzieja w naszym kinie i zapomnieć.

Dodatkowo warto zwrócić uwagę na promocję filmu. Chodzi mi zwłaszcza o teledysk do piosenki Kazika promującej film. Westernowa konwencja z komiksową kreską, krótkie ujęcia podkreślające charakter postaci, niezła charakteryzacja i super zdjęcia - brawa dla pana Skoniecznego i wszystkich, którzy nad tym pracowali. Szkoda, że cały film nie był utrzymany w takim klimacie. Potwierdza to także moje przemyślenia, że ostatnio jeśli warto się interesować naszymi produkcjami, to jednak sensowniejszym wyborem będą właśnie krótkie formy.  


1 komentarz: