Yuma miała ze mną to szczęście, że
przyciągnęła mnie do siebie zupełnym przypadkiem. Ale przecież
zbrodnią byłoby nie wykorzystać darmowej wejściówki na
uroczysty pokaz z gwiazdami filmu :D.
Gdybym opierała
się tylko na recenzjach, bądź samym zwiastunie (jego druga połowa
stanowczo zniechęca, bo romans to, czy western?), to raczej nie
miałabym szansy zapoznać się z tym filmem. A tak, to miałam
przynajmniej 2 godziny jako takiej rozrywki.
Co nieco o fabule. Początek zmian gospodarczych w Polsce, 3 lata po
upadku PRLu dobry, młody chłopaczek zaczyna być zmęczony marnym,
biednym życiem w małym, przygranicznych miasteczku. Ulegając
wielkiej fascynacji ociekającym luksusem zachodem, będąc dodatkowo pod
natchnieniem westernowych historii zdobywa się na ryzykowny, ale
jakże kuszący krok – pierwszą jumę. Zaczyna się bardzo
niewinnie, a rozpętuje się ostre piekiełko.
Sam temat zarysowuje się dość
ciekawie. Przemiana głównego bohatera i realia, w których osadzona
została fabuła stwarzają sporo możliwości. YUMA wykorzystuje je
niestety tylko połowicznie. To co zdaje się być głównym polem do
popisu, zostaje zepchnięte na drugi plan. Nie widać niestety czy coś się w
tym naszym dobrym, pięknym blond buntowniku dzieje. Mało jest
takich scen, w które wplątane byłyby emocje towarzyszące
działaniom głównego bohatera, a nawet jeśli się już pojawiają,
to Zyga wypada w nich mdło. Mimo że Gierszał jest dobrym aktorem
(ostatnio otrzymał nawet bardzo prestiżową nagrodę dla młodych europejskich aktorów - Shooting Star European Film Promotion), to mimo
zwiastunowych zapewnień nie wypadł bardziej przekonująco niż w
Sali samobójców.
Drugi wątek historii wypada już na szczęście o wiele
lepiej. Reżyserowi udaje się trafnie zobrazować polską
mentalność. Dostajemy pstryczki w nos za odwieczną, nieuleczalną
nienawiść do sąsiadów, a także za podwójną moralność – bo
przecież Zyga nic nigdy nie ukradł, on tylko u Niemca jumał.
Podoba mi się także użyta w filmie lekka dawka kiczu. Czytałam
recenzję, w której ktoś strasznie zżymał się, że wszystko
bryka tu w rytm tandety i disco polo. Czy jednak, aż tak bardzo
odstawało to od tamtej rzeczywistości? Wydaje mi się, że nadal są
małe miasteczka, w których nic się w tej materii nie zmieniło.
Nie może być jednak zbyt kolorowo. W
końcu to tylko Polska, a nie dziki zachód ;) Postaci są trochę
przerysowane, co w niektórych przypadkach wypada dobrze, podciągając się pod użytą formę kiczu. Czasem miałam jednak wrażenie, że wymknęło się to trochę spod kontroli i minęło z zamierzaniami reżyserskimi. Patrząc na
niektórych bohaterów nie wiadomo było czy śmiać się, płakać, czy może gryźć fotel z zażenowania. Opat - grany przez Kota robi wielką
krzywdę zarówno jemu i całemu filmowi. Nie dość, że zaczynam
mieć wrażenie, że przyszedł jakiś sezon na Kota, to jeszcze
zaczęłam obawiać się, że stała mu się jakaś krzywda. Może
bawiąc się w parodiowanie Lindy, nie zdążył doprowadzić swej
przemiany do końca i zastygł w połowie z dziwnym
Lindo-podobnym grymasem na twarzy. Widziałam gdzieś opis filmu z
komentarzem „Najbardziej demoniczna rola Tomasza Kota”. Dobre
sobie.
Ponadto bohaterów i wątków jest
trochę za dużo. Mamy tu wszystkich - stróża prawa, skorumpowanego
urzędnika, złego bandytę, płaszczącą się zakochaną laseczkę
i uwielbianą laseczkę, sympatycznego Niemca, którego nikt nie może
zaakceptować i jeszcze całą gangsterską sieć powiązań. Do
wyboru do koloru. Obecność większości wydaje się być
uzasadniona i raczej dopełnia fabułę (no może oprócz złego
Opata-Kota bo on jest po prostu absurdalnie śmieszny i żeby nie
powiedzieć brzydko, totalnie do niczego nie podobny). Wydarzenia, które im towarzyszyły można było jednak ograniczyć i oszczędzić widzom
trochę nudy. Mimo wszystko, powiewa tylko kilka razy.
Jest też inny
dość słaby punkt - scenografia. Chyba można było trochę
bardziej się wysilić, by przybliżyć tamte realia. Markety, jumane
rzeczy i inne bajery wyglądają jednak dość współcześnie.
Cieszy mnie, że powstają polskim głównym obiegu także filmy, które nie żerują na historycznych
samograjach i próbują dotykać innych, ciekawych, bardziej
współczesnych tematów. Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby w
tym filmie więcej było zdecydowania na wciągający
emocjonalnie temat, niż na przyjemną dla oka rozrywkę. Mały
plusik jeszcze za to, że udało mi się kilka razy szczerze zaśmiać
(o to na naszych ostatnich filmach naprawdę ciężko) – i od razu
zaznaczam, nie były to tylko żarty bazujące na wulgaryzmach.
Chociaż te także "musiały" się pojawić i nie wiedzieć czemu
(naprawdę, nigdy nie potrafiłam pojąć tego fenomenu!) tradycyjnie
wzbudzały wśród wielu salwy śmiechu.
Podsumowując, da się to obejrzeć, ale
nie ma się co łudzić, że wyjdziemy z seansu z przeświadczeniem,
że nasz świat stanął na głowie. Możemy zobaczyć, ucieszyć
się, że jest jakaś nadzieja w naszym kinie i zapomnieć.
Dodatkowo warto zwrócić uwagę na
promocję filmu. Chodzi mi zwłaszcza o teledysk do piosenki
Kazika promującej film. Westernowa konwencja z komiksową kreską,
krótkie ujęcia podkreślające charakter postaci, niezła
charakteryzacja i super zdjęcia - brawa dla pana Skoniecznego i
wszystkich, którzy nad tym pracowali. Szkoda, że cały film nie był
utrzymany w takim klimacie. Potwierdza to także moje przemyślenia,
że ostatnio jeśli warto się interesować naszymi produkcjami, to
jednak sensowniejszym wyborem będą właśnie krótkie formy.
Nietuzinkowa recenzja! Fajnie przeczytać:)
OdpowiedzUsuń