Napisana przez Igora Ostachowicza, prywatnego doradcę Tuska, jak mówią strasznie prowokacyjna i szokująca książka. Skąd takie stwierdzenia? Język jakim pisana
jest opowieść jest dość wulgarny, historia jest przesiąknięta seksem i makabrą,
ale czy nasz współczesny świat nie jest właśnie tym wypełniony? Część
znajomych, gdy słyszała o czym czytam, pukała się w czoło albo stwierdzała, że
jak ja taka wielka "wielbicielka” Żydów, mogę czytać coś takiego. Że zombie Żydzi
spacerujący po Warszawie, tłumaczący że pochodzą z grupy rekonstrukcyjnej
lub organizują flash-mob, że piłeczki pingpongowe wkładane w oczodoły żeby
mieć zastępstwo oczka, bądź gubiona w trakcie ucieczki ręką, to wcale nie są zabawne
rzeczy. Książka ma specyficzny humor, który pewnie nie do każdego może trafić, wykorzystuje motyw Holocaustu w trochę inni sposób niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni (chociaż były już wcześniej film Tarantino - Bękarty Wojny, które nie wywołały, aż tak wielkiego skandalu), ale robi to w imię dobrych idei. Autor daje nam po
tyłkach, nam współczesnych, przewrażliwionych i zlęknionym, że za każdym rogiem
czyhają na nas oddziały domagającej się czegoś, walczącej o swoje żydokomuny. A
na miejscu tych mar, duchów przeszłości mógłby stanąć każdy, gdyby tylko
historia potoczyła się inaczej.
Zła nie da się przysypać gruzami i ziemią, cierpienie trzeba uszanować i rozliczyć, krew jeśli się jej w porę nie zmyje i pozwoli obojętnie wsiąknąć w ziemię, zmieszana z gliną wylezie kiedyś hordą golemów podobnych jak czołgi, a połamane kości i sponiewierane ciała obleką się w te resztki szmat, których im nie ukradziono, skleć się siłą podbiologii w dwunożne zmory znające tylko ból i będą się tym bólem dzielić, biegając pochylone od drzwi do drzwi naszych spokojnych mieszkań.
[fragment z okładki]
Może faktycznie gdybyśmy rozliczyli się z tego w odpowiednim czasie, okazali więcej prawdziwego zrozumienia, teraz nie dręczyłyby nas antyżydowskie fobie. W książce pojawia się pytanie, dlaczego z piwnic nie
wychodzą też skrzywdzeni w trakcie wojny Polacy. O nich ktoś pamięta, im stawia
się pomniki, znicze, a o zwykłych Żydach, mimo że przez wiele lat żyli z Polakami ramię
w ramię, już nie pamięta się tak jak o normalnych ludziach, zawsze pojawia się
gdzieś to rozdzielenie na nacje. Wychodzący z piwnic, oprócz tego
że wyglądają może trochę staroświecko i są, że tak powiem cieleśnie niekompletni, nie odstają zbytnio od "normalnych" ludzi. Chcą jeszcze doświadczyć czegoś przyjemnego, doznać czegoś co wywoła na ich
twarzy uśmiech, wędrują do Arkadii, wzorem współczesnych, by odnaleźć tam
jeszcze trochę szczęścia.
- Dorzuć pięć dych na prezent dla ślepego.
- Jakiego ślepego?
- Nie pamiętasz? Poznaliście się, jak byłeś u nas pod
ziemią. To mój dziadek.
- To nieładnie mówić ślepy. Mówi się niewidomy. Co mu
chcesz kupić?
- Daj mu to. – Jednooki Aron wykrzywiony w prawie
uśmiechu podtykał mu zestaw piłeczek pingpongowych, wyjął jedną dla
demonstracji i zamontował sobie w pustym oczodole. – Jak wyglądam?
Szymek zarechotał i pokazał Aronowi w szklanym blacie
stolika jego odbicie, grymas Arona zamienił się w prawdziwy śmiech. Stali i
rechotali jak dwa zwykłe szczawie. KOjciec nerwowo zaczął się rozglądać za
Rejczel.
-Ona musi to zobaczyć, nie wiecie, gdzie jest moja
córka?
- Tu jestem. – Okazało się, że stoi tuż za nim. – Ale wcale
mnie to nie śmieszy. Zachowujecie się jak idioci.
- Dawno nie widziałem takich uchachanych gości,
dlaczego oni nie znikają ani nic? Myślałem, że jak śmiech, to można odejść.
- Każdy tu jest z innego powodu – wyjaśnił KO.
- Mam! – powiedziałem głośno, trochę się bałem
kontynuować na głos tę swoją myśl genialną, która mi przyszła do głowy zaraz po
użyciu słowa „uchachani”. – Wie pan, kapitanie, są takie papierosy… właściwie
skręty, niestety nielegalne, gdyby pan zrobił odstępstwo i pozwolił Rejczel…
-Oszalałeś chyba – przerwała mi Chirico. – A jeśli ona
złapie doła, co zrobisz?
- I tak ma doła, może warto zaryzykować – powiedziałem
i na tym zakończyłem wątek, bo Kapitan Ojciec patrzył na mnie, jakby miał się
zaraz zamienić w wielki pistolet Vis wymierzony w moją durną głowę, która,
przyznajmy to, sama tęskniła za jakimś przyjaznym splifem. Zmieniłem temat.
- No to co chcesz kupić dziadkowi, Szymek?
- Takiego pluszowego kotka – krztusił się, walcząc z
napadem głupawki. Miał prawdziwego, ale zostało już z niego parę kostek i
kłaczków.
Wyjąłem i podałem mu pięćdziesiąt złotych.
- Nie mam więcej! – uprzedziłem pomysły pozostałych –
Nie dam już dziś nikomu ani złotówki.
[str. 157 - 159]
Nie za bardzo się od nas różnią, ale jak widać, musimy
jednak mieć kogoś, kto chociażby przez jedną małą cechę będzie odstawał od
większości, czy to będzie Żyd czy homoseksualista, byleby tylko skierować gdzieś ujście
swoich negatywnych emocji i kompleksów. Autor ukazując przemianę głównego bohatera i kontrastując to z jego przeciwnikami osiągającymi coraz to wyższe poziomy zła, z dużą dozą inteligentnego humoru i autoironii piętnuje nas za życiową pustkę, próżność, bezmyślny pęd
za przyjemnościami i brak empatii. Pokazuje jednak, że nawet w takiej pozytywnej przemianie, rodzącym się na nowo człowieczeństwie musi być rozsądek. Żadna skrajność nie jest dobra, nawet wielkie uwielbienie Żydów musi mieć swoje granice, by nie popaść w szaleństwo.
Na początku miałam z tej książki niesamowity ubaw, wpadałam
wręcz w bajoro dzikiego rechotu i sądziłam, że całościowo będzie utrzymana w
tonie lekkim, trochę oderwanym od rzeczywistości. Tym bardziej pozytywne moje
zdziwienie, że im dalej w las, tym więcej w tym refleksji. Polecam!
