piątek, 17 sierpnia 2012

Dwa Brzegi

Jedno z dwóch wydarzeń, na które niecierpliwie czekam przez cały rok. Festiwal, który przez lata zmieniał swe nazwy, ale niezmiennie przynosił mi mnóstwo pozytywnych emocji. Nie tylko filmowych ;) Nigdy nie darzyłam wielką miłością uwielbianego przez wielu miasteczka, którym jest Kazimierz Dolny. Jednak ten jeden festiwalowy tydzień w roku jest tygodniem erupcji uczuć do tej mieściny. Już nie przeszkadzają te wielkie ilości ludzi błąkające się po każdym zakamarku miasteczka. Te slalomy, by nie wpaść na kogoś z watą cukrową, czy ociekającym czekoladą gofrem. Nie irytuje już nawet odganianie napastliwych cyganek, które gotowe są gonić upatrzonego delikwenta przez cały rynek. W końcu wiadomo, że nie można uciekać od przeznaczenia ;)
A dlaczego ten tydzień jest tak szczególny? Ponieważ w dzień w Kazimierzu istnieje inna jednostka czasowa - seans. Nawet posiłki dostosowuje się pod seanse. Bo cóż tam obiad, gdy w namiocie akurat jest coś ciekawego. Wieczorem ta jednostka czasowa wzbogaca się zwykle o podjednostkę zwaną  piwem. Seans wieczorami zamienia się czasami także w spektakl, koncert albo imprezę ze znajomymi.  Wszystko, w poczuciu wielkiej wolności. Bez dbałości o to, czy najbliższą noc spędzi się w domu, nad Wisłą w oczekiwaniu na wschód słońca, czy może w lekko zapomnianym pokoiku nad kazimierską knajpą. Ważne, żeby nie przegapić następnego dnia zbyt wielu filmów. Nieistotne w jakich warunkach, czy to na niewygodnym rynkowym bruku, czy na schodach w wypchanej po brzegi sali, ale liczy się to, by chłonąć wszystkie, czasem nawet bardzo skrajne emocje filmowe i atmosferę artystycznego Kazimierza, pełnego żyjących w trochę innym świecie ludzi.

Koniec z sentymentalnymi poematami na temat tego zjawiska. Trochę konkretów o tym co było na festiwalu w tym roku. Programowo niestety bez wielkich rewelacji. Retrospektywa Koterskiego była dobrym pomysłem. Bardzo cenię reżysera, ale większość jego filmów już widziałam, więc wielkich ochów i achów nie było. Co do retrospektywy Fridrika Thor Fridriksonna muszę przyznać, że nawet spróbowałam. Akurat wybrałam jedną z ostatnich propozycji i jakoś nie żałuję, że przegapiłam wcześniejsze. Udało mi się wysiedzieć na jego filmie całe 10 minut. Nie to, że wszystkie od razu muszą być takie same, ale fakt, że trafiłam na godzinny film, w którym pokazywane są ujęcia z kamery zamontowanej na masce samochodu jadącego przez Islandię, jakoś tak nie bardzo przekonał do bliższego zapoznania z resztą. Blok Ekspresjonizm niemiecki może i skusiłby mnie którąś z pozycji, ale 10 rano, to jednak trochę nieludzka godzina ;). A cyfrowe rekonstrukcje hitów typu Koziołek Matołek, czy spektakle teatru telewizji, można sobie obejrzeć na własnym ekranie telewizora. Ponadto patrząc na samą ulotkę programową można było dostrzec ewidentne dziury, w których dla zmyły zostały umieszczone festiwalowe muchy. Poza tym kilka odwołanych spotkań, czy jakieś filmy, które już były w ubiegłorocznym programie. Przerobiony z tamtego roku zwiastun festiwalowy, Głos Dwubrzeża, który zaczął wychodzić z opóźnieniem, brak seansów na Kazimierskim zamku, czy w barze Amfibia. Niestety nie da się ukryć, że ziało trochę brakiem funduszy i problemami organizacyjnymi. Pewnie miało to trochę wspólnego z tym, że Puławy wypadły w tym roku z organizacji festiwalu. Szkoda, szkoda, bo to był plus dla mojego kochanego miasta i dla samego festiwalu. Zabrakło mi też w tym roku większego wsparcia dla inicjatywy Krótkie do kin. Był co prawda coroczny blok krótkich metraży, ale tylko przed pojedynczymi seansami (głównie darmowymi na małym Rynku) można było zobaczyć coś krótkiego (pomijam dziwne filmy, które brały udział w konkursie PGE).  

Mimo tegorocznych niedogodności udało się trafić na kilka dobrych seansów, na niektóre już zgodnie z tradycją zupełnym przypadkiem. Swoją drogą, zaczęła się też tworzyć nowa tradycja, że oprócz przypadkowych dobrych filmów, trafiam co roku na przynajmniej jedno tzw. nieporozumienie. Czy to film o ludziach idących 1,5h przez pustynię, bohaterki walczące przez 10 min z wiatrem hulającym na plaży, czy może wspomniany wyżej film o długiej, ale to naprawdę bardzo długiej podróży przez Islandię. Zawsze musi być takie coś! Tak więc z tych dobrych przypadków udało mi się trafić na film "Parada" reż. Sdrjana Dragojevica. Opowiada on o ciężkiej sytuacji gejów w Serbii i wykorzystując w zabawny sposób stereotypowe homofobiczne lęki pokazuje, że nawet "prawdziwy”, napakowany testosteronem mężczyzna może zaakceptować takie odrębności. Szkoda, że u nas nikt nie robi takich zabawnych filmów na poważne tematy. W tej ładnej opowieści o tolerancji jest miejsce na naprawdę solidną dawkę śmiechu - dostaje się tu nie tylko relacjom homoseksualnym, ale pod nóż idą także heteroseksualne związki i mnóstwo innych stereotypów. Jest jednak także miejsce na chwilę refleksji, bo przedstawiane realia z jakimi muszą się zmierzać serbscy geje są naprawdę niewesołe.

Warto też zobaczyć dokument "Wirtualna Wojna" w reż. Jacka Bławuta. Film opowiada o grupie zapaleńców grających w symulatory myśliwców w realiach II wojny światowej. Poważne patriotyczne wstawki, wiecznie obecne narodowe animozje i przy tym naprawdę spora dawka śmiechu związana z tym, jak gracze przeżywają swoją grę i jak reagują na to ich rodziny. Mamy w tym filmie spojrzenie naprawdę z wielu stron, bo bohaterowie są z Rosji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec i oczywiście Polski – co ważne możemy obejrzeć zarówno prawdziwych Polaków, jak i wyklętych Volksdeutschów, latających w niemieckich barwach. Co ciekawe akcja filmu obraca się wokół konkretnej misji mającej oddać hołd jednemu z lotników, który faktycznie uczestniczył kiedyś w walkach i by móc nakręcić bohaterów ze wszystkich stron świata zdjęcia powstawały przez 7 lat, a owa misja powtarzana była po kilka razy. Ciekawa opowieść przeplatana jest zdjęciami z rozgrywającej się misji, co pozwala przynajmniej po części zrozumieć fascynację ową grą. Film może trafi do dystrybucji kinowej, więc polecam śledzić repertuary i w razie czego iść, koniecznie!

Na koniec jeszcze mały sentyment - animacja, która jakiś czas temu związała się z festiwalem. Kto bywał, wie o co chodzi. 



niedziela, 12 sierpnia 2012

YUMA, reż. Piotr Mularuk


Yuma miała ze mną to szczęście, że przyciągnęła mnie do siebie zupełnym przypadkiem. Ale przecież zbrodnią byłoby nie wykorzystać darmowej wejściówki na uroczysty pokaz z gwiazdami filmu :D.
Gdybym opierała się tylko na recenzjach, bądź samym zwiastunie (jego druga połowa stanowczo zniechęca, bo romans to, czy western?), to raczej nie miałabym szansy zapoznać się z tym filmem. A tak, to miałam przynajmniej 2 godziny jako takiej rozrywki.



Co nieco o fabule. Początek zmian gospodarczych w Polsce, 3 lata po upadku PRLu dobry, młody chłopaczek zaczyna być zmęczony marnym, biednym życiem w małym, przygranicznych miasteczku. Ulegając wielkiej fascynacji ociekającym luksusem zachodem, będąc dodatkowo pod natchnieniem westernowych historii zdobywa się na ryzykowny, ale jakże kuszący krok – pierwszą jumę. Zaczyna się bardzo niewinnie, a rozpętuje się ostre piekiełko.

Sam temat zarysowuje się dość ciekawie. Przemiana głównego bohatera i realia, w których osadzona została fabuła stwarzają sporo możliwości. YUMA wykorzystuje je niestety tylko połowicznie. To co zdaje się być głównym polem do popisu, zostaje zepchnięte na drugi plan. Nie widać niestety czy coś się w tym naszym dobrym, pięknym blond buntowniku dzieje. Mało jest takich scen, w które wplątane byłyby emocje towarzyszące działaniom głównego bohatera, a nawet jeśli się już pojawiają, to Zyga wypada w nich mdło. Mimo że Gierszał jest dobrym aktorem (ostatnio otrzymał nawet bardzo prestiżową nagrodę dla młodych europejskich aktorów - Shooting Star European Film Promotion), to mimo zwiastunowych zapewnień nie wypadł bardziej przekonująco niż w Sali samobójców. 
Drugi wątek historii wypada już na szczęście o wiele lepiej. Reżyserowi udaje się trafnie zobrazować polską mentalność. Dostajemy pstryczki w nos za odwieczną, nieuleczalną nienawiść do sąsiadów, a także za podwójną moralność – bo przecież Zyga nic nigdy nie ukradł, on tylko u Niemca jumał. Podoba mi się także użyta w filmie lekka dawka kiczu. Czytałam recenzję, w której ktoś strasznie zżymał się, że wszystko bryka tu w rytm tandety i disco polo. Czy jednak, aż tak bardzo odstawało to od tamtej rzeczywistości? Wydaje mi się, że nadal są małe miasteczka, w których nic się w tej materii nie zmieniło.
Nie może być jednak zbyt kolorowo. W końcu to tylko Polska, a nie dziki zachód ;) Postaci są trochę przerysowane, co w niektórych przypadkach wypada dobrze, podciągając się pod użytą formę kiczu. Czasem miałam jednak wrażenie, że wymknęło się to trochę spod kontroli i minęło z zamierzaniami reżyserskimi. Patrząc na niektórych bohaterów nie wiadomo było czy śmiać się, płakać, czy może gryźć fotel z zażenowania. Opat - grany przez Kota robi wielką krzywdę zarówno jemu i całemu filmowi. Nie dość, że zaczynam mieć wrażenie, że przyszedł jakiś sezon na Kota, to jeszcze zaczęłam obawiać się, że stała mu się jakaś krzywda. Może bawiąc się w parodiowanie Lindy, nie zdążył doprowadzić swej przemiany do końca i zastygł w połowie z dziwnym Lindo-podobnym grymasem na twarzy. Widziałam gdzieś opis filmu z komentarzem „Najbardziej demoniczna rola Tomasza Kota”. Dobre sobie.
Ponadto bohaterów i wątków jest trochę za dużo. Mamy tu wszystkich - stróża prawa, skorumpowanego urzędnika, złego bandytę, płaszczącą się zakochaną laseczkę i uwielbianą laseczkę, sympatycznego Niemca, którego nikt nie może zaakceptować i jeszcze całą gangsterską sieć powiązań. Do wyboru do koloru. Obecność większości wydaje się być uzasadniona i raczej dopełnia fabułę (no może oprócz złego Opata-Kota bo on jest po prostu absurdalnie śmieszny i żeby nie powiedzieć brzydko, totalnie do niczego nie podobny). Wydarzenia, które im towarzyszyły można było jednak ograniczyć i oszczędzić widzom trochę nudy. Mimo wszystko, powiewa tylko kilka razy. 
Jest też inny dość słaby punkt - scenografia. Chyba można było trochę bardziej się wysilić, by przybliżyć tamte realia. Markety, jumane rzeczy i inne bajery wyglądają jednak dość współcześnie.

Cieszy mnie, że powstają polskim głównym obiegu także filmy, które nie żerują na historycznych samograjach i próbują dotykać innych, ciekawych, bardziej współczesnych tematów. Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby w tym filmie więcej było zdecydowania na wciągający emocjonalnie temat, niż na przyjemną dla oka rozrywkę. Mały plusik jeszcze za to, że udało mi się kilka razy szczerze zaśmiać (o to na naszych ostatnich filmach naprawdę ciężko) – i od razu zaznaczam, nie były to tylko żarty bazujące na wulgaryzmach. Chociaż te także "musiały" się pojawić i nie wiedzieć czemu (naprawdę, nigdy nie potrafiłam pojąć tego fenomenu!) tradycyjnie wzbudzały wśród wielu salwy śmiechu.
Podsumowując, da się to obejrzeć, ale nie ma się co łudzić, że wyjdziemy z seansu z przeświadczeniem, że nasz świat stanął na głowie. Możemy zobaczyć, ucieszyć się, że jest jakaś nadzieja w naszym kinie i zapomnieć.

Dodatkowo warto zwrócić uwagę na promocję filmu. Chodzi mi zwłaszcza o teledysk do piosenki Kazika promującej film. Westernowa konwencja z komiksową kreską, krótkie ujęcia podkreślające charakter postaci, niezła charakteryzacja i super zdjęcia - brawa dla pana Skoniecznego i wszystkich, którzy nad tym pracowali. Szkoda, że cały film nie był utrzymany w takim klimacie. Potwierdza to także moje przemyślenia, że ostatnio jeśli warto się interesować naszymi produkcjami, to jednak sensowniejszym wyborem będą właśnie krótkie formy.