O pierwszym spocie miałam pisać w temacie virali roku 2011, ale jakoś tak się zbierałam i zbierałam, a w sieci pojawiła się w między czasie kolejna z serii reklam, w których romansują dwie znane marki. No i nie mogłam się powstrzymać. Ta kreacja może nie jest tak zabawna, jak chłopiec który w końcu utwierdza się w przekonaniu, że faktycznie jest po ciemnej stronie mocy, ale jednak rozbraja. Pełnia podziwu za pomysłowość i realizację.
O nowym filmie A. Holland pewnie słyszeli już prawie wszyscy. Premiera u nas odbyła się kilka dni temu, jednak o filmie było już głośno od jakiegoś czasu, ponieważ w Stanach premiera miała miejsce 4 miesiące temu (dzięki temu mógł się także stać naszym kandydatem do tegorocznych Oskarów). Tak więc, wszystkie pozytywne recenzje są w pełni uzasadnione. Film jest po prostu świetny. Już sama historia (autentyczna!) daje podstawę do stworzenia dobrego obrazu, ale realizacja i kreacje to majstersztyk. Wielka chwała dla Holland za to, że tak nalegała, by każdy z bohaterów mówił swoim prawdziwym językiem - słyszmy: jidysz, lwowski, niemiecki. Pomijając już oczywistą śmieszność "Niemców” mówiących po polsku (czy tam angielsku), której udało się uniknąć, realizm bardzo wspomogło użycie gwary i zaśpiewu lwowskiego. Ponadto dbałość o szczegóły, scenografia i charakteryzacja sprawiają, że akcja naprawdę wciąga. Dodatkowo, jak już chyba każdy słyszał, fantastyczna rola Więckiewicza, który niesamowicie wiarygodnie pokazał rozgrywającą się w nim przemianę. Są dwie sceny (gdy Socha stoi przy szubienicy i przedziera się przez kanał z Borntikiem), w których emocje bohatera są tak silnie i prawdziwie, że aż porażają. Nie sposób nie zacząć zastanawiać się, jak ciężkie musiały to być przeżycia. Plusem wzmagającym wiarygodność jest też to, że brak w filmie uproszczeń, ciężko o jednoznaczne postaci, widzimy ludzi różnych kultur i narodowości, którzy podejmują zarówno dobre, jak i złe decyzje, wynikające z bardzo różnych pobudek.
Dobrze, że powstają jeszcze u nas filmy, które potrafią przyciągnąć cała salę, intensywnie angażujących się w akcję widzów. Przy takiej widowni, można przymknąć oko na minusy multipleksów. Praktycznie nie odczuwałam tłumu (nie przeszkadzało mi nawet siedzenie na schodach), ponieważ skupienie wszystkich zdawało się sięgać zenitu. Nieliczni, którzy mieli pop-corn albo powstrzymali się od ciamkania, albo przytłoczeniu atmosferą tego wszystkiego starali się robić to jak najciszej ;). Chwilami czułam jakbyśmy wszyscy byli jedną tkanką, targaną uczuciami, które przeżywali także bohaterowie na ekranie. Jednak, żeby nie było zbyt patetycznie, przyznam się, że parsknęło mi się śmiechem, gdy obok usłyszałam komentarz na temat niekoszerności szczurów. Daleko mi do antysemickiej postawy, czy ubawu z takowych żartów, wszystko w granicach dobrego smaku, jednak zaistniała reakcja rozładowująca napięcie. Swoją drogą, dobrze że w filmie znalazła się także scena, gdy bohaterowie świętując w kanale Chanukę(?), zanoszą się śmiechem.
Naprawdę cieszę się, że powstał ten film, czekam też z niecierpliwością na Różę Smarzowskiego, którą niestety przegapiłam WFFie. Jednak nadal gryzie mnie trochę żal, że nie powstaje w naszej kinematografii więcej dobrych filmów o współczesności.
Co wrażliwszym polecam także zaopatrzenie się w pakę chusteczek i ewentualnie dla kobietek, nałożenie super wodoodpornego tuszu. Ja złamałam się na tym fragmencie.
Dodatkowo polecam ciekawe materiały o filmie na filmwebie i wywiad z dziewczynką w zielonym sweterku, czyli autorką wspomnień o ukazanych wydarzeniach.
W grudniu The New York Times poczęstował nas małym zbiorem krótkich filmików Alex’a Prager’a zatytułowanym "Touch of evil”. Czyli to co tygrysy lubią najbardziej – podłe i pokręcone, ale jakże pociągające czarne charaktery. Znane gwiazdy zagrały w krótkich epizodach kultowych bohaterów filmowych (przyznam ze wstydem, że rozpoznałam bardzo mało – można policzyć na palcach jednej ręki), zwanych ładnie po angielsku „villains”. Niektóre lepsze, inne gorsze, ale wszystkie nieodmiennie z doskonałą charakteryzacją i kostiumami (scenografia bardzo minimalistyczna, ale jeśli już jest, to rewelacyjnie wpisująca się w klimat). Moje perełki, pierwsza – szalejąca w przestrzeniach własnego umysłu Mia Wasikowskia, w odniesieniu do jednego z lepszych horrorów – Lśnienia w reżyserii Kubricka (przy okazji grzebania do postu, dowiedziałam się, że w filmie wykorzystano muzykę Pendereckiego!). Powolne ujęcia, trzymająca w napięciu i zmieniająca się wraz z nastrojem bohaterki muzyka, sprawiają, że chciałoby się widzieć więcej. Zaniepokoił mnie też trochę fakt, że zwróciłam na tę wariatkę największą uwagę, czując gdzieś tam jakiś pierwiastek podobieństwa. Bieganie z siekierą i wyrzynanie ludzi jakoś jednak mnie nie kusi, na skraju załamania za często nie bywam, uczucia do siebie utrzymuję raczej na pozytywnym poziomie, więc może ta bliskość, to tylko nawiązanie do występujących czasem huśtawek nastroju? ;D Miejmy nadzieję, że chodzi tylko o to małe niebezpieczeństwo. ;)
Druga perełka - bezuczuciowa Rooney Mara w nawiązaniu do Mechanicznej Pomarańczy, też Kubricka. Jest na tyle przekonująca, że przechodzą ciarki na myśl o tym, co mogła jeszcze zrobić (oprócz picia mleka nafaszerowanego żyletkami, bo to pewne!), zanim spokojnie położyła się do łóżka.