Jakie wrażenia? Świetna! Dawno „nie połknęłam” tak żadnej książki. I strasznie, okrutnie wręcz nie mogę sobie darować, że to wcześniej nie trafiło w moje ręce. Ale może kilka słów czemu. Otóż, tematyka jest poważna, bo autor – bohater Stanisław Grzesiuk (notabene autor fenomenalnych tekstów piosenek, które wryły się w gwarę warszawską i nawet teraz są wielkim źródłem inspiracji*) jest chory na gruźlicę, która w latach 60siątych wiązała się nie tylko z ciężką walką o swoje zdrowie, ale także wszelakimi problemami wynikającymi z koniecznością izolacji od społeczeństwa. Opisy zabiegów (na szczęście już dziś nie stosowanych) odmy, przypalań (robionych na żywca!), wycinania żeber itp. mogłyby odpychać nawet samą nazwą, ale spotykając się z językiem Grzesiuka stają się łatwo przyswajalne, a chwilami o dziwo nawet zabawne. Oprócz tego, że książka dostarczyła mi sporej ilości śmiechu, to przyniosła także gigantyczny podziw dla człowieka, który oprócz tak wielkich zmagań zdrowotnych, przeżył także obóz koncentracyjny i mimo to, nie stracił pogody ducha, nadal pozostał wielkim zgrywusem, który potrafi stawić czoło wielkim słabościom i przeciwnościom ludzi i losu.
Książkowa żerność po czymś takim naprawdę wzrasta. Teraz trzeba tylko dorwać pozostałe części trylogii tj. Boso, ale w ostrogach i Pięć lat kacetu.
*Wiele ich, wiele, bo zabierali się za to Muniek, Maleńczuk, Waglewski, ale z ostatnich innowacyjnych aranżacji wybija się Projekt Warszawiak.
